Wątpliwe, niewątpliwe, niegodziwe

Tym gorzej dla faktów

- Przecież jest wolność słowa - takie zwykle tłumaczenie słyszymy w Radzie Etyki Mediów od kolegów dziennikarzy, na których skarżą się osoby, przedstawione w mediach.

Anna Tomala dyrektorka Œwiętokrzyskiego Oddziału PFRON poczuła się skrzywdzona artykułem p.t. "Tajne konta z państwową kasą" Katarzyny Pacanowskiej z kieleckiej gazety "Echo Dnia".

Już sam tytuł, a zwłaszcza rozgadany lead tej publikacji: "Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych - to jak państwo w państwie! Kiedy szukaliśmy "papierów", potwierdzających wydanie publicznych pieniędzy, przekazanych przez PFRON jednemu stowarzyszeniu w Kielcach - wiele osób rzucało nam kłody pod nogi. Teraz wiemy, DLACZEGO..." zapowiadały wykrycie nadużyć.

Nie miejsce tu na szczegółową analizę treści publikacji. Dość powiedzieć, że w tekście żadnych dowodów na niewłaściwy transfer publicznych pieniędzy nie ma. W konfrontacji z przekazaną nam dokumentacją, ogłoszony na wstępie zarzut o rzucaniu kłód pod nogi, jest nie do obrony. Dziennikarka otrzymała potrzebne materiały świadczące, że interesująca ją dotacja - 30 tys. złotych - poszła na pomoc dla osób upośledzonych.

Niewątpliwie red. Pacanowska sprzeniewierzyła się zasadzie obiektywizmu Karty Etycznej Mediów. Czy zdawała sobie z tego sprawę?

Poruszyła nas arogancja reporterki kieleckiego "Echa Dnia" w kontakcie z kierownictwem Funduszu. W telefonicznej rozmowie z dyrektorką, jej merytoryczne tłumaczenia komentowała uwagą: - "Pani jest śmieszna". Fax z redakcji do sekretariatu Funduszu utrzymany był w tonie nader kategorycznym ("Domagam się odpowiedzi na następujące pytania, chcę zobaczyć dokumenty"), choć dyrektorka nie ociągała się z udzielaniem wyczerpujących odpowiedzi nawet po godzinach pracy.

Dziennikarka zachowywała się tak, jakby urzędnicy powinni być na jej skinienie. I w tym przekonaniu spreparowała artykuł. Œródtytułowi "Co ma do ukrycia Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych" towarzyszy fotografia kobiety, wchodzącej do jakiegoś pokoju. Widać tylko sweter i profil osoby. Pod spodem podpis: - "Zrobienie zdjęcia dyrektor Annie Tomali wymagało nie lada zabiegów - zamykała przed nami drzwi". W domyśle - ma coś na sumieniu.

Dyrektor Tomala tłumaczy w liście do Rady, że dziennikarka bez uprzedzenia kazała jej natychmiast stanąć do zdjęcia. A gdy odmówiła tłumacząc, że w tej chwili ma ważną naradę, red. Pacanowska rozpoczęła okupację sekretariatu, oraz korytarza. W obecności petentów - niepełnosprawnych - wykrzykiwała do urzędników: - "Jesteście oszustami. Robicie tutaj szwindel i machloje, ja wam nie odpuszczę". Zadzwoniła też ze skargą na lekceważenie dziennikarzy do centrali Funduszu w Warszawie.

Skąd taka agresja? Z rozczarowania, że fakty przeczą z góry założonej tezie artykułu? Z przeświadczenia, że jest się tzw. czwartą władzą?

XXX

W gazetach centralnych afera o warszawskim seksuologu podejrzanym o pedofilię. Modny temat, prasa terenowa podwiązuje się, szuka podobnych przypadków na swoim terenie. Oto dziennikarz "Nowego Kuriera Kluczborskiego" Jacek Placety przygotowuje artykuł p.t. "Pedofile są wśród nas". Chce - jak się później tłumaczył - nakłonić społeczeństwo do przerwania zmowy milczenia. Jest przekonany, że wbrew pozorom, problem pedofilii nie dotyczy tylko mężczyzn. Dlatego pisze, że w szkole podstawowej nr 5 w Kluczborku zdarzały się przypadki molestowania uczniów przez nauczycielki. Nie podaje ich nazwisk.

Sensacja - niesie wieść po małym Kluczborku. "Nowy Kurier Kluczborski" zostaje sprzedany w kilka godzin po dostarczeniu numeru do kiosków. W sklepach, na ulicach, mieszkańcy układają listę podejrzanych.

Wkrótce jednak okazuje się ponad wszelką wątpliwość, że dziennikarz nie ma konkretnych informacji. Oparł się na pogłoskach, nie sprawdził ich przed wydrukowaniem artykułu, a mimo to napisał o molestowaniu w konkretnej szkole, jako o fakcie dokonanym. W odpowiedzi na skargę dyrektora szkoły do Rady Etyki Mediów reporter tłumaczy się następująco: gdyby miał więcej czasu, zebrałby potrzebne dowody. Ale nie miał, ponieważ na jego "barkach spoczywa obowiązek wypełnienia zawartości trzech czwartych gazety".

A że naruszył w ten sposób zasadę prawdy, która nakłada na dziennikarzy obowiązek relacjonowania faktów sumiennie i bez zniekształcenia, a w razie potrzeby niezwłocznego sprostowania krzywdzącej informacji?

Na ten zarzut w odpowiedzi do REM ma inny argument: tylko dzięki jego pracowitości, gazeta pojawia się w kiosku.

XXX

Jest takie powiedzenie: gdy chce się psa uderzyć, kij zawsze się znajdzie. Na okładce tygodnika "Wprost" ukazał się tytuł: "Terroryści skarbowi". Publikacji, która jest hitem numeru (i zgodnie z linią pisma ukłonem w kierunku ludzi biznesu), towarzyszy zdjęcie napiętnowanych urzędników na tle godła Polski. Pazury orła opierają się o głowę Zbigniewa Przybycienia naczelnika I Urzędu Skarbowego w Zielonej Górze i jego zastępcy. Podpis: "Odpowiedzialni za kompromitującą fiskusa sprawę Marka Isańskiego nie zostali ukarani".

Przybycień zwrócił się do REM z pytaniem, czy to, co go spotkało, mieści się w dziennikarskich normach etycznych:

Jego udręka z dziennikarzami "Wprost" Krzysztofem Trębskim i Aleksandrem Pińskim ciągnie się już wiele lat: redaktorzy postanowili udowodnić na przykładzie sprawy z Zielonej Góry, że fiskus niszczy przedsiębiorców i gospodarkę rynkową. Już czwarty rok na łamach swego tygodnika przedstawiają zielonogórskiego biznesmena Marka Isańskiego, jako tego, któremu urzędnicy skarbowi bezprawnie zabrali 6 mln złotych i nie chcą oddać pieniędzy, mimo wygranych przez niego spraw przed sądem.

Mechanizm działania Isańskiego opisała też Gazeta Lubuska; zdaniem naczelnika Przybycienia, zgodnie z rzeczywistością.

Otóż, Isański pod przykrywką prowadzenia zakładu pracy chronionej - uprawnionego do ulg podatkowych - głównie zajmował się leasingiem autobusów. W ten sposób w 1995 roku wyciągnął nielegalnie z budżetu około 6 mln złotych, jako zwroty VAT-u. Pieniędzy tych nie przeznaczył jednak na rehabilitację inwalidów. Gdy urząd skarbowy zażądał od przedsiębiorcy zapłaty VAT-u, Isański odwołał się do NSA i wygrał. Fiskus jednak nie odpuścił i sprawa trafiła do Sądu Najwyższego oraz NSA (Apelacyjnego). Ostatecznie, we wrześniu 2004 roku przyznano rację stanowisku skarbowców, że podatnik podstępem pobrał ulgi podatkowe.

Jednak redakcja "Wprost" nie chce tego wyroku respektować. Swymi publikacjami spowodowała w zielonogórskim urzędzie skarbowym kontrole resortowe, oraz postępowanie prokuratorskie wobec naczelnika. Organy dochodzeniowe nie dopatrzyły się jakiegokolwiek naruszenia prawa. Mimo to redaktorzy Trębski i Piński nadal nazywają naczelnika z Zielonej Góry terrorystą.

- Jakimże terroryzmem stoi Polska?- pyta się nas Zbigniew Przybycień - Jaką legitymację posiadają przywołani dziennikarze, by wyrokować w sprawie na podstawie jednostronnego oglądu i relacji jednej strony sporu. I co to za rodzaj dziennikarstwa, w którym fakty traktuje się wybiórczo a następnie manipuluje nimi dla potwierdzenia własnych, przyjętych z góry założeń.

- Czy jedyną drogą do uzyskania moralnego zadośćuczynienia w sporze z dziennikarzem jest proces sądowy?- zastanawia się naczelnik z Zielonej Góry. - A co ma w tej sprawie do powiedzenia środowisko zawodowe?

Helena Kowalik

  Stroną administruje Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich