Wątpliwe, niewątpliwe, niegodziwe
Wolność prasy - wytrych do wszystkiego
Redaktor naczelny "Wieści Polickich" Andrzej Marek, skazany na trzy miesiące więzienia za pomówienie urzędnika, nie zagrzał miejsca w celi. Nie minęły dwa dni, gdy wczoraj, 18 stycznia, wyszedł ze szczecińskiego aresztu mocą decyzji Trybunału Konstytucyjnego. Adwokat skazanego wniósł skargę konstytucyjną do TK powołując się na ustawę o Trybunale. Dotyczyła ona artykułu 212 kodeksu karnego, który pozwala na stosowanie sankcji więzienia za wypowiedź w mediach. Teraz TK musi ocenić, czy cytowany przepis jest zgodny z konstytucją. Jeśli uzna, że nie, postępowanie sądowe w sprawie red. Andrzeja Marka może być wznowione.
xxx
Do aresztu śledczego w Szczecinie odprowadzali go Młodzi Demokraci z Polic, krzycząc: - "Gdzie jest prawo i sprawiedliwość?!" Na pół godziny przez pożegnaniem wolności, Andrzej Marek odbył sesję fotograficzną (z więziennymi murami w tle) dla mediów.
Potem dobra nowina goniła następną, też pomyślną. Opublikowana w Gazecie Wyborczej wypowiedź Andrzeja Urbańskiego szefa Kancelarii Prezydenta zastała red. Marka, gdy już się mościł w celi. Była jak promyk słońca: - "Prezydent Lech Kaczyński osobiście zapozna się z dokumentacją prośby ułaskawienie. Pan prezydent jest poruszony, bo sam był w takiej sytuacji, kiedy sąd nie dopuścił ani ekspertyz, ani ekspertów, ani żadnych innych dokumentów".
Jeśli red. Andrzej Marek słuchał też na więziennej pryczy radiowej Jedynki, to serce mu rosło z radości. Informacja, że przez trzy miesiące pozostanie za murami, została tak skonstruowana, iż ostatnie słowo należało do skazanego, zapowiadającego złożenie skargi na wyrok SN w Strasburgu. Przytaczano tylko te opinie dziennikarzy, który byli po stronie Andrzeja Marka. W każdej, jak magiczne zaklęcie, pojawiało się sformułowanie: wolność prasy. W obronie której, trzeba iść nawet do więzienia.
xxx
W marcu 2003 roku byłam jedyną reporterką z Warszawy, która po rozmowie z Andrzejem Markiem pojechała do Polic i sądu szczecińskiego, aby skonfrontować zebrany materiał. Ślęczałam nad aktami w dniu, gdy medialne gwiazdy siedziały w klatce po tygrysie ustawionej przed Sejmem i do oka kamery wykrzykiwały swój protest przeciwko kneblowaniu więziennym, kolczastym drutem wolności prasy.
Rezultaty mego prywatnego śledztwa opisałam w Przeglądzie. Jeden z protestujących dziennikarzy, z którym pracowałam siedem lat w innej redakcji, przestał mi mówić dzień dobry. Uznał, że takiej postawy wymaga jego solidarność z Andrzejem Markiem.
Ten proces trwał prawie cztery lata. 27-letni Piotr Misiło, naczelnik wydziału promocji i informacji gminy w Policach, oskarżył o zniesławienie Andrzeja Marka. Poszło o to, że w kolejnych numerach "Wieści Polickich" naczelny donosił, iż nominowany dzięki partyjnym układom Misiło wykorzystuje swoje stanowisko do osiągania prywatnych korzyści. Pomówiony wysyłał sprostowania - w sumie siedem - które nie tylko lądowały w koszu, lecz były wyszydzane na łamach "Wieści".
Przez prawie trzy lata sąd sprawdzał dowody, przesłuchując świadków oskarżonego i ekspertów. W tym czasie Andrzej Marek drukował na temat sporu artykuły pod znamiennymi tytułami "Misiło, oddaj pieniądze!", "Brzydzę się". "Igraszki z Temidą Piotra Misiło", "Pieszczoszek lokalnej władzy".
W listopadzie 2002 roku zapadł wyrok I instancji. Sąd Rejonowy w Szczecinie skazał autora artykułów na trzy miesiące więzienia w zawieszeniu, pod warunkiem publicznych przeprosin pomówionego urzędnika na pierwszej stronie "Wieści Polickich". Andrzej Marek został uznany za winnego: działał według z góry powziętego zamiaru, jego publikacje od początku miały jeden cel - zdyskredytowanie Misiły. Tak samo twierdził sąd II instancji.
Marek odmówił przeprosin. Oświadczył, że "nie rozumie, w jaki sposób Misiło przekonał sędziego do swoich racji".
xxx
Jestem przekonana, że wchodzący do klatki nie znali akt sprawy. Ale czy to może usprawiedliwić? Zwłaszcza inicjatorów widowiska przed Sejmem?
Jako pierwsi kazali się zamknąć redaktorzy naczelni: - Grzegorz Jankowski z "Faktu" i Mariusz Ziomecki z "Super Expressu"
Wątpliwe świadectwo rozważnego prawnika wystawił sobie mecenas Jerzy Naumann, który już klatce (wszedł tam z Jolantą Pieńkowską) z miejsca autorytatywnie oświadczył: - Za winy niepopełnione nie można przepraszać, to byłoby przyznanie się do winy.
Łatwo w naszym środowisku o tzw. bicie piany. Podczas, gdy "Super Express" nazywał Misiłę kacykiem, Robert Menard, sekretarz generalny organizacji Reporterzy bez Granic, zwrócił się z apelem do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego o akt łaski dla dziennikarza z Polic, bowiem jak napisał: - "W chwili, gdy wszystkie spojrzenia kierują się w stronę nowych członków Unii Europejskiej, ta sprawa zaciemni obraz Pańskiego kraju i stworzy niezwykle niebezpieczny precedens dla dziennikarzy europejskich".
Żarliwie wspierała Andrzeja Marka z telewizyjnego ekranu Monika Olejnik: - "Niech ta sprawa będzie nauczką dla wymiaru sprawiedliwości". Apelował Andrzej Krajewski, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy: - (...) Zwracamy uwagę na próbę ograniczenia wolności słowa przez odkrawanie metodą salami najpierw tych, którzy są najbardziej wysunięci, czyli dziennikarzy prasy lokalnej". Maciej Rybiński z "Rzeczpospolitej" oświadczył na łamach swej gazety: "Chcę zamanifestować niezgodę na wyjęcie funkcjonariuszy publicznych spod powszechnie obowiązujących wszystkich obywateli praw (...), przeciw poddaniu zniesławienia (...) urzędnika państwowego, czy samorządowego przepisom prawa karnego, podczas gdy wszyscy inni mogą korzystać tylko z ochrony prawa cywilnego".
Sąd w Szczecinie uległ medialnej presji. Uwzględnił wniosek obrony i na sześć miesięcy odroczył wykonanie kary ze względu na to, że ciężarna żona red. Marka może się źle poczuć.
Obfotografowany pod więzienną bramą Andrzej Marek wrócił domu, żegnany przez tłum starszych osób z wyciągniętymi w górę palcami w kształcie litery V. (W pobliża stała licznie zgrupowana policja, pilnująca, aby nie doszło do zamieszek). Jeszcze tego samego dnia naczelny "Wieści Polickich doznał potężnego zawrotu głowy. W wywiadzie dla Gazety Wrocławskiej oświadczył: - "Organy sprawiedliwości najnormalniej zlekceważyły moją sprawę. Zmusili mnie do tego, abym wykorzystał ciążę żony, aby nie iść siedzieć. To nikczemne. Ale przysięgam: kolejnej prośby o odroczenie nie będzie. Jestem niewinny, a zarzuty wobec mnie sfabrykowano. Zrobił to sędzia, mówię to z pełną odpowiedzialnością".
Dostało się też prezydentowi, który nie chciał skorzystać z prawa łaski, oraz ministrowi sprawiedliwości: - "Oni chyba sobie ze mnie żartują. (...) Niech lepiej dadzą sobie spokój z tymi politycznymi gierkami"
xxx
W jakże przychylnych Andrzejowi Markowi mediach był przedstawiany jako człowiek zajmujący najwyższy szczebel w dziennikarskiej karierze, bo redaktora naczelnego. Andrzej Krajewski, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy, broniąc skazanego upominał się o niego, jako o kolegę po fachu, który pracuje na najbardziej narażonej na ataki lokalnej władzy forpoczcie medialnej.
Kim naprawdę jest człowiek, w obronie którego dziennikarskie sławy pchały się do tygrysiej klatki?
Czterdziestokilkuletniego Andrzeja Marka trudno nazwać wbrew temu, co pisał w apelacjach jego obrońca - zawodowym dziennikarzem. Ukończył technikum elektryczne i trochę, jak mi powiedział, pracował w podziemnej Solidarności przy organizacji prasy. Potem, skłócony z tym związkiem, zatrudnił się w zakładowej gazetce dla chemików. Ale uznał, że lepiej zbierać reklamy na własny rachunek, bez zwierzchników nad głową. Założył "Wieści Polickie". Nakład - tysiąc egzemplarzy. Zespół redakcyjny stworzył z kilkoma wolontariuszami raczej w podeszłym wieku; mam wrażenie, że obrażonych na rzeczywistość. Jeden z nich, poeta, za każdym razem podpisuje się jako członek ZLP. Ponieważ czytelnicy nie chcieli mu wierzyć, dołączył przedruk zaświadczenia o przynależności do związku.
Zasadniczą treść pisemka pt. "Wieści Polickie" stanowią reklamy, które wchodzą też na okładkę, oraz niewybredne ataki na Misiłę.
Skąd taka wieloletnia agresja? pytałam w Policach, bo sami adwersarze nie spieszyli się do wyjaśnień. Potwierdziło się porzekadło: Jak nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że o pieniądze.
Piotr Misiło został naczelnikiem promocji po zaprzyjaźnionym z red. Andrzejem Markiem Adamie Wosiku. Ten dawał naczelnemu "Wieści " płatne zlecenia z budżetu gminy, np. druk kalendarzy, które Marek następnie przekazywał innym wykonawcom, zarabiając na pośrednictwie. Misiło tę drogę skrócił, namówił bowiem burmistrza, by wydawać w Urzędzie Informator Policki; poza artykułami o sprawach samorządu, znalazły się tam bezpłatne inseraty gminne. Tym samym pozbawił zysków właściciela "Wieści Polickich".
Trzeba by też dodać, że nowy naczelnik promocji nie jest człowiekiem, któremu można dmuchać w kaszę. Jako absolwent dwóch wydziałów Uniwersytetu Szczecińskiego, miał szansę w najbliższych wyborach samorządowych na liczące się w Policach stanowisko. "Wieści " zaatakowały Misiłę już kilka dni po objęciu przez niego urzędu. Stylistyka pomówień była tak pokrętna, że później, w sądzie, wezwano językoznawcę, aby przetłumaczył je na język polski.
xxx
Andrzej Marek siedział więc w domu, i nadal dokładał Misile. (Spowodował np., że radni wystąpili do prokuratura o zbadanie win naczelnika działu promocji, która jednak nie podjęła dochodzenia). Tymczasem, w Warszawie, o uchylenie wyroku wobec naczelnego "Wieści Polickich" w drodze kasacji, wystąpił do Sądu Najwyższego Andrzej Zoll rzecznik praw obywatelskich.
Profesor zarzucił orzeczeniu sądów niższych instancji "zaniechanie dokonania analizy wyroku z punktu widzenia 10 art. Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności". W tym artykule wyrażony jest pogląd, że swoboda dziennikarska obejmuje również "możliwość odwołania się do zastosowania pewnej przesady, lub nawet prowokacji".
SN nie uwzględnił wniosku i na posiedzeniu w czerwcu ubiegłego roku ostatecznie uznał Andrzeja Marka za winnego pomówienia.
Sięgnęłam do odpowiedzi adwokata powoda na wniosek pozwanego do SN o rewizję wyroku sądu niższej instancji. Mec. Jerzy Wierchowicz, pełnomocnik Piotra Misiły przyjął następujący tok prawniczego myślenia: - Mój klient tłumaczył - notabene żaden prominent - wystąpił do sądu, opierając się na przepisie kodeksu karnego (art. 212), który służy ochronie każdego obywatela, jeśli poczuje się pomówiony przez innego obywatela. Andrzej Marek popełnił przestępstwo, pomawiając zwykłego obywatela o niecne postępowanie, i nie wykazał przed sądem, że jego twierdzenia polegały na prawdzie. Sąd go za to skazał, nakazując też przeproszenie pokrzywdzonego. Wyrok się uprawomocnił. Ale Marek twierdził, że jest niewinny i nie podporządkuje się żadnemu wyrokowi. Zatem uważa, że to on, a nie sąd decyduje, czy naruszył prawo.
- Ten pogląd - zauważył mecenas - został w całości zaakceptowany przez dziennikarzy, którzy weszli do klatki. Bezpodstawnie podnieśli krzyk, że za słowo idzie się do więzienia.
Sąd wymierzył karę więzienia, ale ją zawiesił, a więc nie ma mowy o celi, jeżeli skazany przeprosi. Czy to jest tak wiele - przeproszenie? Jeżeli Andrzej Marek tego nie robi, sam pakuje się do o więzienia. Zresztą twierdzenie, że kara jest skandaliczna, bo surowa, jest nieuprawnione. Przecież, gdyby sąd skazał pozwanego na grzywnę (pozornie kara łagodniejsza - pozornie, gdyż to dolegliwość finansowa, a przy zawieszeniu wykonania kary sąd nie orzekł świadczenia pieniężnego), to Marek grzywny by nie zapłacił, bo jak twierdzi, jest niewinny, i sąd musiałby zamienić mu karę grzywny na karę pozbawienia wolności, tak stanowi prawo. Podobnie byłoby, gdyby sąd np. warunkowo umorzył postępowanie. Zapewne nakazałby przeproszenie pokrzywdzonego. Marek by tego nie zrobił, ciąg dalszy znamy
xxx
Po odczytaniu naszpikowanego paragrafami uzasadnienia sędzia SN przemówił do dziennikarzy zwykłym językiem: - Istotą sprawy - tłumaczył - nie jest wcale kneblowanie dziennikarzy i nastawanie na wolność słowa, jak to, nie wiem dlaczego, przedstawiacie. Istotą sprawy jest to, że w państwie prawa należy szanować wyroki niezawisłych sądów. Musi je szanować i szewc i minister i dziennikarz. Czy się nam podobają, czy nie. Pan Andrzej Marek uznał, że jest niewinny i furda mu tam jakieś wyroki. A wy go robicie męczennikiem za wolność słowa .
Stałam w tej grupie i widziałam narastające zakłopotanie na twarzach mych kolegów po fachu, nastawionych na inny finał tej sprawy. Myślałam wszyscy dostaliśmy lekcje praworządności z powodu pieniactwa człowieka, który, gdyby istniały dziś certyfikaty w naszym zawodzie, prawdopodobnie nie mógłby nazywać się dziennikarzem.
Potem sprawa przycichła. Z wyrokiem Sądu Najwyższego nikt nie dyskutował. Rzecznik praw obywatelskich przyznał kiedyś publicznie, że został wprowadzony błąd.
Minęło kilka miesięcy i dla Andrzeja Marka nadszedł czas na zapukanie do więziennej bramy. Więc przypomniał o sobie tym, którzy tak go bronili. Bo stali się już wspólnikami jednej sprawy. W swoim mniemaniu straciliby twarz, gdyby się publicznie przyznali, że dali popis owczego pędu, którego motorem w dużej mierze była własna próżność (kamery!).
xxx
Skory do ułaskawienia Andrzeja Marka prezydent Lech Kaczyński natknął się na sprzeciw ministra sprawiedliwości, który odmówił wszczęcia postępowania ułaskawiającego wobec naczelnego "Wieści Polickich".
Teraz odezwą się konstytucjonaliści. Szykuje się długa dyskusja prawnicza, w której to, czy red. Andrzej Marek sprzeniewierzył się kilku zasadom Karty Etycznej Mediów może być bez znaczenia. Dlatego przypomniałam, co się zdarzyło w Policach.
Helena Kowalik



