Wątpliwe, niewątpliwe, niegodziwe
Na kolana, sędzio
W gazecie codziennej "Fakt" na pierwszej stronie ukazał się artykuł Wojciecha Biedronia pt. "Ma oddać dzieci za dług" W reportażu opisana jest sprawa Władysława Knurowskiego, wobec którego komornik prowadzi postępowanie egzekucyjne, gdyż zapadł prawomocny wyrok, orzekający eksmisję. Ponieważ Knurowski w razie eksmisji na przysłowiowy bruk znalazłby się tam razem dziećmi, Sąd Rejonowy w Brzesku wydał orzeczenie o tymczasowym umieszczeniu małoletnich w placówce opiekuńczo wychowawczej.
Reporter "Faktu" pojechał śladem komornika. I napisał artykuł, w którym były głównie obelgi pod adresem instytucji wymiaru sprawiedliwości. Oto cytaty z tego tekstu: "Sąd w Brzesku nie ma sumienia. (...) Skandal!. (...) Sędzia z komornikiem chcą rozbić kochającą się rodzinę!. Pan nie ma sumienia, panie sędzio!. Dlaczego kazał pan odebrać kochającemu ojcu troje jego wspaniałych, szczęśliwych dzieci? Dlaczego pan kazał je wsadzić do domu dziecka? Myśli pan, że jak są biedne, to może pan je bezkarnie krzywdzić? Te dzieci muszą pozostać przy ojcu, niezależnie od pana pokrętnych decyzji, sędzio Romanie Różanowski".
Są zdjęcia sędziego z podpisem: - "Bezduszny sędzia ma za nic miłość, która panuje w rodzinie Knurowskich".
Prezes Sądu Rejonowego w Brzesku Sławomir Świerczek skarży się REM, że dziennikarz nie przestrzega ani prawa prasowego, ani Karty Etycznej Mediów. Nie kontaktował się z sądem, wysłuchał tylko pretensji jednej strony.
Dla prezesa nie ma znaczenia, że niewybrednego ataku na sędziego wymiaru sprawiedliwości dopuścił się tzw. tabloid. Uważa, że wymagania określone przepisami obowiązują wszystkich uczestników rynku prasowego. Stosowanie złagodzonych form odpowiedzialności w przypadku tego rodzaju tytułów jest niczym nie uzasadnione.
Sędzia Sławomir Świerczek zażądał od kierownictwa "Faktu" umieszczenia sprostowania. Redakcja stanęła po stronie aroganckiego dziennikarza. Obsługująca ten dziennik kancelaria adwokacka przygotowała odpowiedź, w której stwierdzono, że artykuł został opublikowany zgodnie z zasadami staranności i rzetelności dziennikarskiej. A ponieważ tekst sprostowania jest dłuższy (dodam, że nieco dłuższy) niż tego wymaga ar.12 prawa prasowego, nie zostanie opublikowany.
Trudno pojąć, jakie kryteria rzetelności przyjęli adwokaci. Sprawa Knurowskiego z Poręby Spytkowskiej ciągnie się już kilka lat i była wielokrotnie przedstawiana w innych mediach. Archiwum na ten temat jest osiągalne w Internecie. Nie powinno więc być problemu ze szczegółowym zapoznaniem się z racjami stron konfliktu.
Oto historia, o którą zaczepił reporter "Faktu":
Kiedyś stał w tym miejscu pałacyk Goetzów. Niedaleko przepływa rzeka; kręta i płytka, ale po deszczach poziom wody podnosi się o kilka metrów. Potem rezydencję zamieniono na PGR, część areału przejął zakład doświadczalny Akademii Rolniczej z Krakowa. Gdy w połowie lat 90. syndyk państwowego gospodarstwa rolnego za grosze wyprzedawał upadłą majętność, a Akademia szukała dzierżawcy na opustoszałe 60 hektarów, zgłosił się rolnik Włodzimierz Knurowski, wychowujący samotnie sześcioro dzieci. Nikt nie sprawdzał jego reputacji, również tego, że był sądownie karany za znęcanie się nad rodziną i wszczynanie bójek. Spisano umowę na dzierżawę pałacyku i ziemi.
W 1996 r. wody rzeczki wezbrały i zalały wieś, w tym również gospodarstwo Knurowskiego. Był on już znany w gminie, jako działacz rolniczej "Solidarności", który potrafi sobie załatwić znaczącą pomoc państwa z powodu szkód powodziowych. Na jego rozpaczliwe podania, eksponujące los półsierot reagowały wszystkie instytucje, do których pisał. M. in.: PCK, Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, Fundusz PHARE, Caritas, gmina opieka społeczna. Z pomocą pospieszyła Akademia Rolnicza (okresowe zwolnienie z czynszu), oraz BGŻ (kredyt na ponad 50 tys. zł)
Sprawą Knurowskiego zajmowali się osobiście (zlecając wszystkim służbom "rozpatrzenie problemu") premier Jerzy Buzek, minister rolnictwa Jacek Janiszewski, przewodniczący S. Marian Krzaklewski, jeden poseł z SLD, i dwaj posłowie z AWS. Spieszyli z pomocą pełnomocnicy rządu do spraw rodziny, wojewodowie, zespoły do spraw usuwania skutków powodzi, Caritas.
Jednakże ofiarowana pomoc tonęła w zrujnowanym gospodarstwie, jak w studni. Knurowski nie płacił Akademii za dzierżawę, niejako z zasady. Nie regulował też rachunków za prąd słusznie licząc na to, że elektrownia nie odetnie licznika z uwagi na dzieci. Ale wyprowadzić się z pałacyku też nie zamierzał. Listonosza z ponaglającymi monitami z banku o spłacanie 80 tysięcy złotych kredytu, przeganiał psami.
Gdy Akademia Rolnicza zaczęła mu grozić sądem, a w konsekwencji eksmisją, Knurowski zapakował dzieci do pociągu i na gapę dojechali do Warszawy.
Od razu zawiadomił telewizję, że będzie koczował pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów. Ponieważ tego dnia premiera nie było, ulokował się z umęczonymi wyprawą maluchami na Dworcu Centralnym; cały czas pod okiem telewizyjnych kamer. Dziennikarze mieli świetny samograj. Nazajutrz po telewizyjnej emisji reportażu w porze najlepszej oglądalności, Kancelaria premiera zaleciła zajęcie się sprawą rolnika "wszystkim szczeblom". Pierwsza zareagowała gminna opieka społeczna. Zobowiązała się do wypłaty samotnemu ojcu pięciu tysięcy złotych zasiłku. Daremnie przedstawiciel Akademii Rolniczej dowodził publicznie, że Knurowski zamiast pracować, woli wyłudzać pomoc. Nie zajmuje się gospodarstwem i przepuszcza pieniądze, przekazane mu na likwidację zatorów na rzece. Żeruje na statusie powodzianina. Zaniedbane dzieci są w tej grze narzędziem.
Nie minął rok, a najgłośniejszy powodzianin w Polsce znów wybrał się do stolicy. Tym razem z dziećmi i z kozłem. Popisywał się przed dziennikarzami, że stary cap to prezent dla rządu, który nie chce mu dalej pomagać. I znów fotoreporterzy mieli żer. Knurowski przez kilka godzin krążył pod Kancelarią premiera ze zmaltretowanym zwierzęciem na sznurku. Dzieci trzymały transparenty: "Jestem sobie Polak mały" i "Umorzyć kredyty klęskowe".
Protest okazał się skuteczny. Postawieni przez kamerami urzędnicy jeszcze raz zadeklarowali w błysku fleszy, że nie pozwolą tej rodzinie zginąć.
I znów rozwiązał się worek z różnego rodzaju pomocą. Na przykład gmina umorzyła podatek gruntowy, Caritas dał opiekunkę dla dzieci, bank odroczył spłatę kredytów.
W kilka miesięcy później Włodzimierz Knurowski wysłał do premiera faks: - "Informuję, że w związku z tragiczną sytuacją mojej rodziny zamierzam podjąć strajk głodowy". Wsadził szóstkę dzieci na przyczepę dla tuczników, pościelił im siana, na masce starego ursusa przybił transparent "Nie rzucim ziemi". I tak po 20 godzinach dojechali do Warszawy. Pod Kancelarią premiera Knurowski przykuł się łańcuchem do drzewa, wbił w ziemię kosę. Znów dopiął swego.
W miarę upływu czasu żądania rolnika eskalują. Już nie wystarcza mu umorzenie podatków w gminie. Teraz chce zostać najbogatszym rolnikiem w powiecie. Z tego powodu Akademia Rolnicza ma go nie tylko zwolnić z opłat czynszowych, ale po prostu uwłaszczyć. Choć awanturnik ma na karku komornika z sądowym wyrokiem o eksmisji, żąda kolejnego kredytu z preferencyjnej puli dla powodzian. Jeśli jego warunki nie zostaną spełnione, ogłosi światu, że w rządzie siedzą nie Polacy, ale konfidenci. Na razie wita komornika transparentem w rękach zabiedzonych dzieci: "Mafio, oddaj mi ziemię, dzieciom ojcowiznę". Notabene znowu wygrywa - do eksmisji nie dochodzi.
Oto tło, które powinno być przynajmniej zarysowane przez reportera, gdy w roku 2005 zajmuje się sprawą Knurowskiego. Ale Wojciech Biedroń woli obrzucić obelgami sędziego. Przy pełnej akceptacji jego szefostwa.
Jesteśmy dalecy od namawiania dziennikarzy, zwłaszcza młodszych kolegów, aby podchodzili do instytucji państwowych na klęczkach. Ale druga skrajność - traktowanie tych urzędów jako bastionów oportunizmu i głupoty, jest wbrew zasadom wyłożonym w Karcie Etycznej Mediów.
XXX
Skarży się sędzia Andrzej Almert rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Krakowie na reportera TVN M. Kuciela, że mimo jego próśb, nie chciał wyłączyć kamery, tylko nadal go filmował.
- Odmówiłem udzielenia pewnych informacji - tłumaczy się sędzia - gdyż stanowiłoby to naruszenie tajemnicy państwowej i śledczej.
Rzecznik wielokrotnie spotykał się z nachalnością dziennikarską: - Nie jest do zaakceptowania, aby na terenie budynku sądowego sędziowie musieli kryć się przed krążącymi korytarzami ekipami telewizyjnymi i nie byli wolni od tego typu napaści, również we własnych gabinetach.
Opisuje jeden z takich incydentów: Do pokoju sędzi wchodzi młody mężczyzna. Nie przedstawia się, dopiero tuż przed biurkiem wyciąga ukrywany do tej pory mikrofon. Za nim jak spod ziemi wyrasta kamerzysta. Ten pierwszy mówi, że jest z Polsatu (nie wyjął legitymacji, dopiero później okazało się, że był to red. Artur Borzęcki) i od razu napastliwym tonem pyta sędzię, która dopiero co skończyła rozprawę, czy czuje się winna, że przestępcy wyszli z aresztu.
Nie mogę po procesie komentować wydanych przez siebie orzeczeń -usiłuje bronić się namierzona kamerą kobieta. Jej zdenerwowanie, panika w oczach, będzie w telewizji świetnym komentarzem do tezy, że sędziowie popełniają kardynalne błędy.
Czy sędziowie nie wiedzą o prawie dziennikarza do uzyskania informacji? Oczywiście, że znają odpowiednie przepisy. Ale - przypominają - beneficjenci tego prawa nie mogą niego korzystać w sposób sprzeczny z zasadami współżycia społecznego.
My ze swej strony dodajemy, że w dociekaniu prawdy powinniśmy szanować podmiotowość indagowanych przedstawicieli służb publicznych. I nie ma to nic wspólnego z zagrożeniem wolności dziennikarza.
Helena Kowalik



