Polemiki i dyskusje

Nie ma przykazań medialnych

Treść artykułu, jaki ukazał się w Tygodniku Powszechnym 30 stycznia 2006 roku

Kiedy dziesięć lat temu Konferencja Mediów Polskich powołała Radę Etyki Mediów, a koledzy z Rady powierzyli mi jej prowadzenie, przyszedł po wywiad młody dziennikarz z ukazujących się wtedy "Wiadomości Kulturalnych". Utyskiwaliśmy razem nad szerzącym się łamaniem przykazań - ja mówiłam o dziesięciorgu, a on skonstatował: "o wiele bardziej zobowiązujący jest taki np. zapis jak w jednym z dziennikarskich kodeksów amerykańskich, że nie wolno przyjąć prezentu wartego więcej niż pięć dolarów."

tło

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych zaczęliśmy praktykować wolność słowa, przedtem, przez prawie pół wieku upragnioną i pielęgnowaną w duszy jako wartość nieosiągalna nawet za cenę znacznych poświęceń. I powtarzaliśmy słowa Jana Pawła II o proporcjonalnym związku wolności z odpowiedzialnością, tę drugą praktykując rzadziej.

Moje pokolenie, do którego należy jeszcze trochę ludzi czynnych w mediach i w kształceniu dziennikarzy, wyszło z epoki PRL z nadwątloną armature moral, jak wybitny pedagog, Maurice Debesse, nazwał uwewnętrzniony zbiór podstawowych zasad kierujących postępowaniem człowieka. Daliśmy sobie (nie wszyscy, naturalnie) wmówić względność owych zasad, ich historyczną zmienność.

Niepewność w rozgraniczaniu między dobrem i złem jest dla tych, co kształtują opinię społeczeństwa szczególnie niebezpieczna. W takiej niepewności zastała nas dziennikarzy wolność i rychło okazały się tego skutki. Proszę sobie przypomnieć media tamtych lat obfitujące w odkrywane codziennie niegodziwości w rozmaitych segmentach rodzącego się demokratycznego państwa, wśród przedstawicieli władz różnego szczebla, osób publicznych. Pamiętam rozmowę ze ś.p. Janem Nowakiem Jeziorańskim, który był honorowym członkiem Rady ds. Mediów i Informacji przy prezydencie Wałęsie i gorszył się bardzo tą sytuacją mediów, a dziwił bezkarności nierzetelnych tytułów oraz autorów.

Niebawem na tę odziedziczoną sytuację moralnego spustoszenia przyszły nowe pokusy - kształtującego się rynku medialnego z wszystkimi tego procesu atrybutami: konkurencją (redakcji i dziennikarzy, mediów publicznych i prywatnych), relacjami do trendów cywilizacyjnym, takich jak egoizm, hedonizm, promowanie młodości i doczesności, mówiąc w największym uproszczeniu. Relatywizm moralny, mający w poprzedniej epoce źródła ideologiczne, znajdował oparcie (ciągle znajduje) w wielu kierunkach współczesnej filozofii, nazywanych zbiorczo (na użytek moich tu stwierdzeń to wystarczy) New Age.

Porzucając już historię, zgodzę się z opisem kondycji moralnej mediów sformułowanym przez  ks. Adama Bonieckiego ("Przykazania medialne", TP, 8 stycznia 2006), akcentując mocno jeden, jak sądzę podstawowy, składnik sytuacji. Otóż, moje doświadczenie i dziennikarskie i to, jakie przyniosła dziesięcioletnia praca w REM mówi, że w środowisku mediów mamy do czynienia z zapoznaniem podstawowych norm moralnych, a nie jedynie z ich nie przestrzeganiem mniej lub bardziej świadomym, bądź w pełni świadomym odrzuceniem. Przyczyny próbowałam wskazać wyżej.

Zaradzanie zależy w znacznym stopniu od rozpoznania hierarchii przyczyn. Jeśli przyjmiemy, że ludzie mediów dobrze wiedza jak należy postępować, ale postępują inaczej - niegodziwie - z powodu nacisku właścicieli, oczekiwań odbiorców, jak je sobie wyobrazili właściciele i sami dziennikarze, presji zagranicznych wzorów itp., to trzeba się zastanawiać, w jaki sposób skutecznie walczyć z wykroczeniami i kto miałby to robić. Trzeba też zadać pytanie o autorytety, bo przecież nie może być mowy o sankcjach ze strony jakiejkolwiek administracji. Jeśli jednak przyjmiemy, że powodem wielu, może większości, uchybień etycznych i większych wykroczeń jest niedostateczna świadomość, zgoła nieznajomość norm trzeba to naprawiać inaczej. Z większym udziałem pedagogiki i tak podstawowej metody pedagogicznej jak repetycja, uparte powtarzanie: Tak trzeba, a tak się nie godzi. Tego absolutnie nie wolno, to koniecznie należy... Oczywiście, w praktyce sytuacje nie bywają ewidentne i nigdy do końca nie wiemy czy dziennikarz kłamał, bo nie jest pewien tego, że kłamstwo jest bezwzględnie złe i niedopuszczalne (jakkolwiek czasami okoliczności usprawiedliwiają kłamcę) czy wiedząc o tym dobrze, kłamał dla korzyści, ze strachu albo oportunizmu. Jakkolwiek było, powtarzanie przykazania "Nie mów fałszywego świadectwa..." jest potrzebne. Jeśli się ktoś tego podjął nie może się zrażać małą skutecznością swojego "wołania na puszczy".

ułuda kodeksów

Wołaniem na puszczy jest działalność Rady Etyki Mediów, którą utworzyła w 1996 roku Konferencja Mediów Polskich, tę zaś zainicjował Krajowy Duszpasterz Środowisk twórczych ks. Wiesław Niewęgłowski, zapraszając do działania na rzecz poprawy moralnej kondycji mediów przedstawicieli wszystkich organizacji, jakie mają na media wpływ.

Członkowie Konferencji (nie SDP, jak napisał ks. Boniecki) ułożyli Kartę Etyczną Mediów - siedem najbardziej podstawowych zasad, którymi powinni się kierować w swej pracy dziennikarze, redaktorzy, nadawcy, wydawcy i każdy od kogo zależy przekaz kierowany do społeczeństwa przez media. Nie przeliczono pięciu dolarów na złote polskie, zapisując m.in. "Zasadę prawdy, szacunku i tolerancji, kierowania się przede wszystkim dobrem odbiorcy." Oczywistości.

Istnieją również dziennikarskie kodeksy i spisy zasad obowiązujące w poszczególnych redakcjach. Wolę to drugie określenie i taką formę szczegółowej pomocy pragnącym zachowywać się przyzwoicie, bo nie pretenduje do miana ostatecznie rozstrzygającej, nadanej przez jakiś niepodważalny autorytet normy. Normy wiecznotrwałe zawarte są w Dekalogu, a wszelkie deontologie stanowią jedynie przepisy wykonawcze do poszczególnych przykazań. Ufanie nadto regułom etyk zawodowych grozi straceniem z oczu owych zasad uniwersalnych, w efekcie złudnym spokojem sumienia, które niepostrzeżenie zastępują kodeksy. Wiem z doświadczenia jak chętnie ludzie sięgają po tego rodzaju bryki, szukając gotowych (owe pięć dolarów - granica dopuszczalności)odpowiedzi na rozterki moralne, schodząc na niższe piętro wrażliwości przez kogoś za nas rozpisanej na konkretne sytuacje, jakie zdarzają się w pracy czy to dziennikarze czy lekarze, czy adwokaci czy ludzie innych zawodów. Dlatego upieram się, że nie ma "przykazań medialnych" ani etyki dziennikarskiej. Jest - albo nie ma - etyka dziennikarzy.

Rada Etyki Mediów odbywa (zbyt rzadko) spotkania z zespołami redakcyjnymi (były m. in. w "Rzeczypospolitej", TVP TAI, Programie III Polskiego Radia, "Życiu", "Radiu dla Ciebie", na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW i jego odpowiedniku na Uniwersytecie Wrocławskim), podczas których pytamy kolegów: Czy zdarzają się wam sytuacje, kiedy chcąc postąpić uczciwie, nie wiecie co zrobić? Jest to pytanie o rzeczywisty konflikt wartości, jaki może być dramatyczny, ale zdarza się nader rzadko, jeżeli człowiek potrafi wartości rozpoznać i jeżeli sumienie podyktuje mu, za którą się opowiedzieć. Musi przy tym mieć sumienie prawe, a to zapewnia ów mocny fundament dobrze poznanych i gorliwie przyjętych podstawowych norm, które wierzący znajdują w Dekalogu, a inni w kulturowych uniwersaliach.

Karta Etyczna Mediów jest podręcznym ich "wyciągiem" na doraźny użytek dziennikarzy oraz ich zwierzchników. Radę Etyki Mediów powołano dla pomocy w przestrzeganiu zapisów Karty. Jeżeli używam publicznie określenia "Rada - sumienie mediów" nie jest to uzurpacja wszelkiej wiadomości dobrego i złego i prawa rozstrzygania w tej mierze, tylko oznaczenie perspektywy. Ewie Milewicz, którą zniesmaczyło to określenie ( TP, 15 stycznia 2006 ) wyjaśniam, że było i jest odpowiedzią na zarzuty nie bronienia przez REM dziennikarzy w rozmaitych opresjach. Stawiano nam takie zarzuty, zwłaszcza na początku. Rada broni, ale rzadko, gdyż ma inne zadania. Od pilnowania wolności słowa jest np. Centrum Monitoringu Wolności Prasy, my zaś pilnujemy odpowiedzialności za słowo - ujmując rzecz najkrócej. Staramy się pełnić tę rolę miary dziennikarskich uczynków, jak umiemy najlepiej, i sygnalizujemy gdy niepokoją lub oburzają. Oczywiście, kierujemy się naszymi własnymi indywidualnymi sumieniami, uzgadniając to, co nam mówią. Rezultaty nie mnie oceniać, mogę wszakże podać przesłanki dla oceny.

objaśnienie stylu

Od momentu powołania Rady, której Konferencja Mediów Polskich pozostawiła całkowitą autonomię, nie było wątpliwości, że to kilkuosobowe ciało będzie pracować społecznie. Ze swej istoty nie miało i nie chciało być prokuraturą ani sądem (sądy koleżeńskie działają przy stowarzyszeniach), lecz właśnie radą, gronem osób doświadczonych zawodowo i, jak się zdaje, wypróbowanych moralnie, które pomagają formułować kryteria dobrej dziennikarskiej roboty, tym naturalnie, co zechcą z pomocy skorzystać. Taki status jest uciążliwy ze względów logistycznych (warunki pod tym względem trochę się ostatnio poprawiły), ale zapewnia luksus całkowitej niezależności - w moim odczuciu i przekonaniu wart bardzo dużo.

Próbuje odtworzyć okoliczności, jakie przesądziły o stylu naszej pracy i konstatuję, że ukształtował się spontanicznie i szybko. Polega na tym, że Rada reaguje publicznymi wypowiedziami na zjawiska, a incydenty opiniuje w korespondencji do zainteresowanych, tj. autora, redaktora z jednej strony, zgłaszającego skargę z drugiej.

Mówię o stylu, bo nie dzieje się tak tylko z niemożności dochodzenia do prawdy przez REM, zatem rozstrzygania po czyjej stronie jest racja, ale ze świadomego wyboru. Nie chcemy, oceniając pojedyncze artykuły, audycje czy programy telewizyjne, wymieniając z imienia autorów, dawać pokarmu plotkom powtarzanym na środowiskowych konwentyklach, z czego rośnie fama najczęściej zniekształcająca fakty. Zdarza się nam odnosić do incydentów, vide niedawna sprawa protestu rzecznika rządu wobec "Wiadomości" TVP, wtedy kiedy zapowiadają niepokojące następstwa albo są szczególnie charakterystyczne dla zjawiska szerszego.

Zrozumiałe (choć niewielu kolegom dobrze wiadome), że przy takim działaniu większej części naszej pracy ani opinia publiczna ani środowisko mediów nie widzą, zwłaszcza gdy i publicznych oświadczeń większość mediów (w tym TP) nie zamieszcza. Stąd niechętni Radzie twierdzą, że mało robi, a życzliwi tłumaczą, że nie jest w stanie, bo nie ma warunków.

Ta niewidoczna powszechnie sfera naszej pracy stopniowo się powiększa, a w obecnej kadencji rozrosła się gwałtownie. Archiwum roku ubiegłego zawiera prawie dwieście spraw przez nas rozpatrzonych, co oznacza parokrotnie większą liczbę wysłanych i otrzymanych listów. Oświadczeń ogłosiliśmy w tym samym roku osiem. Nie przytaczam tych danych dla odparcia zarzutu o "kanapowym" charakterze naszego grona i "nobliwie anachronicznym" sposobie jego działania, ale po to, żeby wytłumaczyć komu to działanie służy.

Okazuje się, po dziesięcioleciu, że służy bardziej odbiorcom niż mediom. O opinie na temat tego, co napisano lub wyemitowano zwracają się do nas działacze społeczni, samorządowcy, przedsiębiorcy, ludzie kultury, parlamentarzyści, ministrowie, na ogół wiedząc, że nie możemy nic więcej poza wydaniem opinii. O wiele rzadziej pytają nas dziennikarze o to jak rozwiązać dylemat moralny, przed jakim stanęli. Nad tą proporcją trzeba się zastanowić.

"nie pytacie nas"

W rozpoczętej na łamach TP dyskusji pojawił się zarzut bardzo poważny: Rada Etyki Mediów ocenia publikacje, na które ktoś się poskarżył, nie pytając autorów, dlaczego napisali lub powiedzieli to czy tamto. Rzeczywiście, takie postępowanie zdaje się przeczyć samej istocie działania na rzecz etyki i dlatego wymaga dokładnego wyjaśnienia..

REM opiniuje przekaz, to co od mediów idzie do społeczeństwa. Rozpatrujemy treść i formę przekazu nie wnikając ani w intencje autora ani w jego warsztat - głębiej niż je ujawnia sam przekaz Zdarza nam się zwracać do zainteresowanych dziennikarzy, ale rzadko. Stosujemy asekuracyjną formułę: "Jeśli prawdą jest to, co pan/pani/państwo nam przedstawiacie to Rada ma następującą opinię..." Nie jest to kwestionowanie a priori prawdomówności ani skarżącego się nam ani dziennikarza, lecz zastrzeżenie, że nie prowadząc sami śledztwa zdani jesteśmy na relację stron znajdujących się w konflikcie czy antagonizmie, co wpływa na ich ocenę sytuacji. Odpowiedź wprost Monice Olejnik (która zresztą wyznała, że wcale nie chce stawać przed tak wątpliwym "trybunałem" jak REM): wypowiedzieliśmy się o sposobie rozmawiania, który był naszym zdaniem naganny i nie służył dobru odbiorcy (zasada taka zapisana jest w Karcie Etycznej Mediów), niezależnie od zamiaru prowadzącej program, której wobec tego nie było o co pytać.

Przykład pozytywny w tej kwestii: moje spotkanie z młodym dziennikarzem poczytnego tygodnika, który o nie poprosił po liście Rady skierowanym do redakcji, a zawierającym krytykę jego artykułu. Chciał więcej się dowiedzieć o swoim uchybieniu, bo, jak mówił, pragnie zawsze pisać uczciwie i być w zgodzie z normami etycznymi (uniwersalnymi). Pomoc drugiego sumienia, w przypadku Rady zespołowego, okazuje się przydatna. Takie zdarzenie umacnia mnie w przeświadczeniu, że styl pracy, ściągający na nas zarzut ogólnikowego moralizowania, jest właściwy. Mniej wywołuje odruchów obronnych a może skłania do refleksji nad postępowaniem własnym i redakcyjnych kolegów.

autorytet

Zdaniem większości uczestników dyskusji w TP Rada Etyki Mediów nie dorobiła się autorytetu w medialnym środowisku. Trudno się sprzeczać z tą tezą, za którą stoi argumentacja: Nie słuchają ich, etyka mediów nie poprawiła się, jest źle..

Myśmy się na początku uzbroili w cierpliwość. Nasze krytyczne uwagi kierowane do mediów z reguły wywołują w odpowiedzi tłumaczenie - że nie było złych intencji, że zaszło nieporozumienie, że nie znamy wszystkich okoliczności sprawy itd. itd. Prawda, że czasem pozostają one w ogóle bez odpowiedzi, nie zdarzyło się jednak, by ktoś nam powiedział: Mam was w nosie, choć byłoby to przecież bezkarne. Nie sposób zmierzyć, ale zdaje mi się, że pośród czynników wpływających na rozwój dziennikarstwa śledczego nasze uparte napominanie zajmuje nie ostatnie miejsce. Podobnie, pośrednim dowodem oddziaływania REM jest zmniejszenie się pewnych grzechów medialnych, na które zwracaliśmy uwagę. Należy do nich, rzadsze ostatnio, naruszanie prywatności.

W opinii społecznej autorytet REM z pewnością systematycznie rośnie. Bywamy skonfundowani okazywanym zaufaniem, które doczekać się może jedynie listu zawierającego opinię nie zawsze przecież zgodną z odczuciami osoby zwracającej się o nią. Upowszechnianie listów przez osoby publiczne stało się zwyczajem, niekiedy przysparzającym Radzie kłopotów.

Wreszcie, satysfakcjonują nas takie oznaki obecności Rady w życiu publicznym. jak zaproszenia do rozmaitych dyskusji, wystąpień, wypowiedzi, aktualnych komentarzy, na zajęcia w szkołach dziennikarskich. Mamy sporą dokumentację tego nurtu działania.

*

Czy po tym wszystkim, co starałam się przedstawić, Rada Etyki Mediów czeka na laury? Przeciwnie, każdy bilans uprzytomnia nam niedostatki i pokazuje gdzie trzeba włożyć więcej wysiłku. Z pewnością w debatę w obrębie świata mediów. Z pewnością w to, co nazwaliśmy lansowaniem wzorów. No i, wobec ustawowego zapisu o działaniu KRRIT na rzecz etyki, w baczenie by moralności nie dekretowali urzędnicy. Chcielibyśmy liczyć na pomoc każdego komu na kondycji mediów zależy.

Magdalena Bajer

  Stroną administruje Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich