Polemiki i dyskusje
Szefowie polskich telewizji: Żyjemy w dwóch różnych krajach
Dyskusja o raporcie "Rzeczpospolitej"
Raport o telewizji
opublikowany 24 grudnia 1999 roku
Piotr Aleksandrowicz: Proponuję zacząć naszą dyskusję od odpowiedzi na bardzo proste pytanie, czy są Państwo zadowoleni z poziomu programu i produkcji swoich telewizji?
Robert Kwiatkowski: Nie rozumiecie, czym jest telewizja.
Prezes TVP Robert Kwiatkowski: Moja odpowiedź będzie krótka. Na miarę naszych możliwości finansowych, które ogranicza słaba ściągalność abonamentu radiowo-telewizyjnego, jesteśmy zadowoleni. Jak możemy, wypełniamy podstawowe zadania telewizji publicznej, utrzymując jednocześnie dobre miejsce na rynku. Liczne tego ślady możecie państwo odnaleźć w swoim raporcie. Fakty tam przytoczone jednoznacznie wskazują, że staramy się realizować misję publiczną i bardzo często nam się to udaje. Komentarze zawarte w waszym opracowaniu, takie, jak: "TVP drastycznie obniża poziom", "publiczną telewizją szefowie nie tylko kierują, oni są jej bohaterami" , "publiczna stacja, promując permisywizm moralny, ściga się ze stacjami komercyjnymi" - to tylko oceny. Wątpię, czy uprawnione.
Aleksander Myszka: Maksymalizacja zysków nie jest dla nas niczym wstydliwym
Prezes Polsatu Aleksander Myszka: Reprezentując stację prywatną i komercyjną, jestem w sytuacji o wiele lepszej niż pan prezes Kwiatkowski. Na pytanie, czy jestem zadowolony z naszego programu, mogę odpowiedzieć w ten sposób: z naszego programu zadowoleni są nasi widzowie. I dla kierownictwa prywatnej stacji komercyjnej ma to decydujące znaczenie. Biorąc pod uwagę wyniki oglądalności, pozycję, jaką Polsat zajął na rynku telewizyjnym w Polsce, mimo szczupłości naszej kadry i bardzo racjonalnego gospodarowania środkami finansowymi, udało się nam stworzyć program, który znalazł powszechne uznanie widzów. Myślę, że z wyzwań, jakie postawił nam rynek, wywiązaliśmy się prawidłowo.
Mariusz Walter. Sztuka komercji polega na tym, żeby służyć widzom
Prezes TVN Mariusz Walter: Pytanie sformułowane jest w sposób - to nie jest spiskowa teoria dziejów - dość podchwytliwy. Bo coś za nim musi stać, skoro szef gazety oddaje ocenę programu stacji w ręce jednego człowieka. Pan Myszka powiedział słusznie, że stopień naszego zadowolenia mierzony jest wielkością naszej widowni. Natomiast w kategoriach jakościowych podejmę tę dyskusję, panie redaktorze, jeśli będzie pan łaskaw odpowiedzieć mi, co znaczą takie oto sformułowania w pańskim komentarzu: "Właściciele telewizji prywatnych nie ukrywają, że nic oprócz pieniędzy ich nie interesuje. Ambitniejsze próby porzucili natychmiast, gdy okazało się, że trzeba do nich dopłacać Brak skrupułów rywalizuje ze szczerością". Jeżeli ustalimy , czy na wolnym rynku nie dotowany podmiot ma w ogóle, z biznesowego punktu widzenia, prawo myśleć o dopłacaniu, jeśli ustalimy, skąd ma czerpać na to pieniądze, wtedy gotów jestem pokusić się o dyskusję merytoryczną. W prywatnych mediach nie jest tak, że można realizować tylko swoje sny. My walczymy o życie.
Bożena Wawrzewska: Nie chciałabym, żebyście Państwo mieli przekonanie, że zaprosiliśmy tu Państwa, by dokonywać jakichś sądów. Naszym zdaniem pojawił się poważny problem związany z zawartością oferty telewizyjnej. Chcielibyśmy się zastanowić, co z tym zrobić. W innych krajach także pojawił się ten problem i tam również toczono takie dyskusje. Jeden z naszych czytelników z Australii napisał, że pod koniec lat 80. w tym kraju prowadzono dokładnie taką samą debatę. Dlatego stawiamy pytanie: czy widzicie Państwo szansę, by na naszym rynku pojawiły się programy telewizyjne adresowane nie tylko do bardzo masowego odbiorcy. Zapewniamy, że do wszystkich jesteśmy naprawdę jak najżyczliwiej nastawieni.
Bogusław Chrabota: To nieprawda, że każda telewizja musi kierować się jakąś misją
Dyrektor programowy Polsatu Bogusław Chrabota: Daliście już państwo wyraz tej życzliwości, przygotowując ten raport dla swoich 200 tysięcy, a może nawet więcej czytelników. Niestety, jest to raport nieuczciwy. Posłużyliście się metodą, która nie służy rzeczowej dyskusji. Uderzyliście w twarz, by zobaczyć, czy równo puchnie, a teraz zapraszacie do rzeczowej dyskusji.
Wracając do meritum, widzę dwa tematy naszej rozmowy. Pierwszy to sam raport, któremu zarzucę wszystko, co tylko mogę zarzucić. Drugi temat dotyczy problemu, na ile telewizja kreuje normy cywilizacyjne, a przede wszystkim, jak można nad tym procesem zapanować.
Jan Sęk: Nie można powiedzieć, że my kompletnie nic nie robimy
Zastępca przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Jan Sęk: Musimy powiedzieć jasno, że spostrzeżenia "Rzeczpospolitej" na temat obu czołowych nadawców prywatnych TVN i Polsatu są przygnębiające. Chodzi zwłaszcza o liczbę programów związanych z brutalnością, wojnami. Musimy jednak pamiętać, że byt tych stacji zależy od liczby widzów i ilości reklam. Ponadto wnoszą one sporo w ogólny rozwój kultury polskiej, bo uczestniczą w produkcji wartościowych filmów, podejmują bardzo interesujące przedsięwzięcia w dziedzinie kulturalnej i społecznej. Budujące jest także to, że - jak wynika z waszego raportu telewizja publiczna prezentuje się na tym tle lepiej. Co świadczy o tym, że misja publiczna jest realizowana i TVP nie zapomniała o widzu. Jednakże nie można robić raportu o mediach, nie pamiętając, że media odzwierciedlają stan, w jakim znajduje się nasze społeczeństwo. Odzwierciedlają określony etap rozwoju. Gwałty i brutalizacja, jakie widzimy w telewizji, to element naszego życia. Możemy nad tym boleć, ale nie możemy obwiniać za to tylko nadawców. Popatrzmy nawet na ten sam numer "Rzeczpospolitej", w której publikowany był raport. Zobaczmy, ile w nim było sensacji, na których stronach je zamieszczono.
Jan Maria Jackowski: Nie jestem przekonany, że to, co dajecie widzom, to maksimum tego, co może być Przewodniczący Sejmowej Komisji Kultury i środków Przekazu Jan Maria Jackowski: Po pierwsze chciałbym pogratulować "Rzeczpospolitej", że podjęła tak trudny, ale istotny społecznie problem. Generalne wnioski zawarte w tym raporcie mnie nie zaskoczyły. Często wygodnie jest przyjmować taką perspektywę: nadajemy to, czego ludzie chcą. Tymczasem problem polega na tym, że ludzie nie mają możliwości wyboru, bo oferta nadawców nie różni się zbytnio od siebie. To tak, jakby zapytać kogoś, kto całe życie żył w puszczy, czy mu się tam podoba. Skoro on nigdy nic innego nie widział, to odpowie, że żyje mu się całkiem dobrze.
Chociaż wasz raport nie ma charakteru naukowego, jest zbieżny z opracowaniami naukowymi. Do podobnych wniosków doszedł zespół pani profesor Braun-Gałkowskiej z KUL kilka lat temu na sympozjum zorganizowanym w Senacie. Przypomnę, że w nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji proponowaliśmy zmiany, które pomogłyby chronić widza przez nieodpowiednimi dla niego treściami. Proponowaliśmy na przykład umieszczanie na ekranie ikonki, która informowałaby, że program jest tylko dla widzów dorosłych. Dziś niektórzy nadawcy stosują to dobrowolnie, ale myśmy chcieli, aby byli do tego zobowiązani na mocy ustawy lub rozporządzenia KRRiTV. Proponowaliśmy również wzmocnienie ochrony nieletniego widza przed negatywnymi skutkami oglądania telewizji. Przemoc i agresja widziana na ekranie - w świetle wiedzy psychologicznej i pedagogicznej - może bowiem stanowić poważne zagrożenie prawidłowego rozwoju młodego człowieka. Podczas dyskusji w parlamencie spierały się dwie opcje. Liberalna, według której nie wolno zakazywać niczego, z opcją, która uważała, że państwo ma obowiązek dbać, by woda w kranie była czysta. Jeżeli ktoś chce pić wodę zanieczyszczoną, nie może domagać się, żeby taka woda leciała z kranu dla wszystkich. Ten pogląd w parlamencie zwyciężył. Ale niestety, prezydent zawetował tę nowelizację.
Chciałbym dodać, że nie bez winy jest KRRiTV. w czerwcu tego roku przyjęliśmy uchwałę sejmową w sprawie sprawozdania z jej rocznej działalności. 1 w tejże uchwale zapisaliśmy: "Sejm RP krytycznie ocenia działalność kontrolną KRRiTV w zakresie ochrony dzieci i młodzieży przed negatywnymi skutkami programów zawierających przemoc, okrucieństwo i pornografię. Sejm RP wzywa KRRiTV do skutecznego egzekwowania od nadawców zapisów ustawy o Radiofonii i Telewizji odnoszących się do ochrony najmłodszych obywateli naszego kraju przed demoralizacją". w ubiegłym roku KRRiTV nie ściągnęła 451 tys. zł kar , jakie nałożyła na nadawców za naruszenie ustawy bądź warunków koncesji. Istnieją więc instrumenty prawne, ale słaba KRRiTV po prostu z nich nie korzysta.
Nie zgadzam się z tezą głoszoną przez pana prezesa Kwiatkowskiego: tyle misji publicznej, ile wpływów z abonamentu. Nie przypadkiem ustawodawca dał TVP możliwość emitowania reklam, dzięki czemu do kasy telewizji wpływa ok. 800 mln zł rocznie. Równocześnie osiąga w skali roku ok. 200 mln zł zysku. Nie można więc mówić, że z powodu słabej ściągalności abonamentu nie sposób realizować misję. Postępująca komercjalizacja telewizji to problem ogólnoświatowy. Stacje publiczne istnieją dlatego właśnie, by dawać widzom alternatywę.
Paweł Śpiewak: Przyszedł czas, by zawrzeć umowę w sprawie ilości i jakości przemocy pokazywanej w telewizji
Dr Paweł Śpiewak, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego: Na pytanie, czy Polacy są zadowoleni z programów telewizyjnych, nie ma prostej odpowiedzi. Myślę, że w dyskusji o raporcie "Rzeczpospolitej", za który jestem pełen podziwu, powinniśmy unikać dwóch skrajności. Pierwsza to naiwność czy brak realizmu, który lekceważyłby potrzeby masowego widza oraz finansową bazę stacji telewizyjnych. Wiadomo, że większość Polaków właściwie nie rozumie języka nawet programów informacyjnych. Musimy wziąć też pod uwagę to, że wśród Europejczyków to Polacy poza Włochami - spędzają najwięcej czasu przed telewizorem. Jesteśmy narodem telewizorocentrycznym. To właściwie jedyne źródło rozrywki i wiedzy o świecie. Pamiętajmy też, że telewizje nie nadają swego programu dla jakiejś bardzo konkretnej grupy odbiorców, a w zasadzie do wszystkich. Ale z drugiej strony - nie bądźmy cyniczni i nie mówmy, że pieniądze są jedyną granicą, która wyznacza sposób myślenia o telewizji. Najważniejszy zarzut, jaki postawiłbym dziś telewizji, to ten, że jest absolutnie oportunistyczna, dostosowuje się do najniższego poziomu społecznego. Nadaje program wyłącznie do mas, nie proponując niczego, chyba poza Dwójką, dla precyzyjniej określonego odbiorcy. Nie adresuje swoich programów do różnych grup widzów, którzy mieliby swoje okienka, swoje godziny, swoje miejsca. Mam poczucie, że cały program telewizyjny dostosowany jest do poziomu oferty gazety bulwarowej. Niepokoi też bardzo niski poziom informacji. Jeżeli chcę wiedzieć, co się dzieje na świecie, to muszę obejrzeć CNN czy telewizję europejską.
Jeśli chodzi o funkcję kreatywną, telewizja nie wypełnia dwóch podstawowych misji. Pierwsza to misja pluralizacji społecznej. Mamy do czynienia z pluralizmem pozornym. Wiele jest stacji, ale w gruncie rzeczy są one takie same. Żadna nie tworzy zasadniczego obszaru dyskursu publicznego. Drugim problemem jest to, że telewizja nie pełni żadnej funkcji kulturotwórczej. Jest całkowicie bierna wobec swojego widza. Jej największą wadą jest całkowicie infantylne traktowanie odbiorcy. Robienie wszystkiego, by zwiększyć liczbę par oczu skierowanych na ekrany telewizorów, co przyciąga reklamodawców, a to z kolei buduje pozycję ekonomiczną stacji. W pewnym sensie to konieczność, ale też wielka wada telewizji.
Mariusz Walter. Jestem coraz bardziej zdziwiony, bo słyszę tutaj rzeczy, o których nie mam pojęcia. Odkrywam, że żyję w zupełnie innym świecie. Otóż panie doktorze, z całym szacunkiem do pańskiego tytułu i dorobku, proszę przyjąć do wiadomości: ten kraj jest taki, jaki jest, ludzie są tacy, jacy są i ja w komercyjnej stacji będę im służył. Nie interesuje mnie, że według pana jest to służba na najniższym poziomie, bo się z tym nie zgadzam. Pan mi mówi: nie liczcie się z tym, że sześć milionów ludzi kocha "Esmeraldę". Nie, takie właśnie jest społeczeństwo i to trzeba uszanować.
Robert Kwiatkowski: Dziesięć lat temu w Polsce wprowadzono wolny rynek. Tymczasem my rozmawiamy jak ludzie z dwóch różnych krajów.
Mariusz Walter: Jeżeli na spotkanie z Esmeraldą przychodzi kilkadziesiąt tysięcy ludzi, to czy moja stacja nie powinna tego przekazywać? Tacy są Polacy i cała sztuka komercji polega na tym, żeby im służyć...
Paweł Śpiewak: To nie służenie, to uleganie...
Mariusz Walter: To nie jest uleganie. Jeśli pan chce być odkrywcą za kilkadziesiąt milionów dolarów, niech pan będzie. Ale za swoje pieniądze. Ja nie potrzebuję porad adwokatów, które doprowadzą mnie do bankructwa. Zresztą, czy pan, jako regularny gość "Kropki nad i" , to też uleganie?
Sztuka komercji polega na tym, żeby służyć widzom. Cały problem repertuaru stacji komercyjnej polega na mądrym kompromisie, właściwej proporcji pomiędzy tym, co widz, jak wiemy, na pewno chce oglądać, i próbach stacji proponowania innych programów z nadzieją, że zostaną zaakceptowane. Te inne to właśnie coś bardziej wartościowego. Tych prób podejmujemy aż nazbyt wiele.
Chcę powiedzieć coś jeszcze. w tej sympatii widowni do prostoty, a z drugiej strony demonstrowanej na tej sali pogardzie dla prostoty na przykład pana doktora, tkwi istotna różnica w naszych punktach widzenia w tej dyskusji. W tym odejściu od wielowarstwowych torów intelektualnych, które smakują wyłącznie kilkunastu tysiącom ludzi w Polsce, najlepiej widać naganne uproszczenie raportu "Rzeczpospolitej". Wasze opracowanie operuje kuriozalną metodą dochodzenia do udowodnienia tezy z góry założonej. Dlaczego przygotowania raportu o polskiej telewizji nie zleciliście zawodowej agencji badawczej, a oparliście tak mocne tezy na wrażeniach 25 dziennikarzy. Jak jest z tą ilością trupów na minutę? Żadnego nie przeoczyliście? Może w autobusie, który wpadł do wody, siedziały nie 33, a 34 osoby. Jak to liczyliście? Na jakiej podstawie umieściliście to na pierwszej stronie, nie licząc się ze skutkiem takiego zabiegu u wielu naszych partnerów. Jakie do tego macie uprawnienia? O czym my mówimy? O profesjonalnym raporcie przygotowanym przez specjalistów, czy o dowolnej wariacji na temat scen erotycznych, agresji, przemocy? Ludzie drodzy!
Edward Miszczak: Jeśli widz czegoś nie akceptuje, tego mu się już nie daje
Dyrektor programowy TVN Edward Miszczak: Długo dyskutowaliśmy na temat waszego współczynnika trup na godzinę. My ustaliliśmy własny współczynnik - liczba trupów na tydzień na łamach "Rzeczpospolitej". W tym samym tygodniu, kiedy oglądaliście telewizję, opisaliście w waszej gazecie dość szczegółowo 26 trupów.
Piotr Aleksandrowicz: Czy Pan rzeczywiście uważa, że zawartość "Rzeczpospolitej" jest porównywalna z programem telewizyjnym Pana stacji?
Edward Miszczak: Zespoły researcherskie pracujące w naszej telewizji uważają, że najbardziej wiarygodnym źródłem dla wszystkich programów reporterskich są żółte strony "Rzeczpospolitej". Dlatego że tam nie ma tylu błędów, ile jest w "Super Expressie". Natomiast liczba trupów jest taka sama.
Bogusław Chrabota: W przeciwieństwie do pana doktora śpiewaka uważam, że ten raport opiera się na inwektywach, niekompetencji i nierzetelności. Widać założoną tezę i wyraźną tendencyjność w opisie telewizji. Czym to uargumentuję? Ano cytatami z waszego "raportu". Cytat pierwszy: "Przestrzeń, jakiej nie zdołała jeszcze zająć wszechogarniająca wulgarność i przemoc, wypełnia głupota". To wstępniak pani Luizy Zalewskiej. Szczyt wyważenia w opisie faktów. Cytat drugi: "Można mieć pretensje do stacji komercyjnych, że swą wizytówką czynią pełne brzydoty i ohydy seriale, których głównym wątkiem może być oddawanie moczu na klatce schodowej...". Przykład elegancji publicystycznej, prawda? Myślę, że bliższe to jednak felietonowi. Teraz do pana, panie redaktorze naczelny. Pański komentarz w tym samym numerze "Rzeczpospolitej" jest dowodem na głębokie osobiste uprzedzenie do telewizji jako medium. 1 nie wiem, jaka jest tego przyczyna. Cytuję: "Kolorowe obrazki przyjmowane godzina po godzinie bez przerwy zabijają zdolność do refleksji, ograniczają życie rodzinne, wywracają świat wartości. Jak każdy nałóg skrajnie skomercjalizowana, prymitywna i agresywna telewizja jest szkodliwa". To nie jest rzeczowa i chłodna wypowiedź o telewizji, o jej powinnościach, o wadach. To niesprawiedliwe uogólnienie, które dotyczy w równej mierze "niedobrej" telewizji Polsat, "niedobrego" TVN, "niedobrej" telewizji publicznej, ale również "niedobrej" telewizji Disneya, National Geographic, Discovery itd. Czy można tak uogólniać?
Waszym kolejnym błędem jest założenie, że immanentną cechą telewizji jako medium jest misyjność, że każda telewizja musi kierować się jakąś misją. To nieprawda i państwo musicie się z tym pogodzić. Owszem, są takie media, jak telewizja publiczna, którym nadano misje, ale telewizja komercyjna jest zwykłym przedsiębiorstwem rozrywkowym. Oferuje rozrywkę, a ta nie jest definiowana dowolnie. Rozrywka, jej granice, ma naturę obiektywną i odnosi się do aktualnie obowiązującej normy cywilizacyjnej. Ta norma nie jest kształtowana przez telewizję, ale jest efektem sumy działania różnych czynników, między którymi jest telewizja. Nie ma sensu się spierać o to, że istnieje norma. Należałoby dyskutować, w jakim stopniu telewizja może wpłynąć pozytywnie na tę normę, jaki jest mechanizm jej kształtowania, jakich użyć instrumentów. Natomiast państwo ograniczyliście się do inwektyw. Mało odkrywcze tezy, jakie tu wygłaszam, w waszym raporcie nie pojawiają się w ogóle. Ani w pańskim felietonie, panie redaktorze, ani w wypocinach pańskich dziennikarzy.
Powrócę na chwilę do owej normy cywilizacyjnej, w obrębie której wszyscy - mniej Iub bardziej świadomie - się obracamy. O tym, w jakim stopniu wy w niej uczestniczycie, świadczy dodatek telewizyjny "Rz". Przedstawiacie w nim program telewizyjny. Posłużę się kilkoma cytatami, które zrobiły na mnie duże wrażenie. W opisie filmu "Fatalne zauroczenie" czytamy: "Szał namiętności i zmysłów. Nowe zastosowanie znajduje np. kuchenny zlew. Dla Dana jest jedynie miłą przygodą". Gratuluję. Czy tego typu zachęta do obejrzenia filmu powinna znaleźć się w tak szlachetnym i tak wysoko ceniącym się tytule? A może inny fragment na temat wyjątkowo krwawego filmu: "A niedługo potem teatralni krytycy zaczynają umierać w podejrzanych okolicznościach. Jeden zostaje rozszarpany jak Cezar w "Juliuszu Cezarze", inny ma wyrwane serce jak w "Kupcu Weneckim", jeszcze inny morduje żonę i popełnia samobójstwo jak w "Otellu". Czy to aby nie zachęta do oglądania w telewizji okropności? Nigdzie nie ma, proszę państwa, na przykład czerwonej kropki, informującej: uważajcie, nie oglądajcie, to jest okrutne...
Piotr Aleksandrowicz: Pomysł z kropką jest bardzo dobry, zostanie wprowadzony.
Bogusław Chrabota: Cieszę się bardzo, że twórczo wpłynąłem na szacowną gazetę.
Piotr Aleksandrowicz: Podobnie jak Pan jestem zwolennikiem tezy, że telewizja ma zdolności kreatywne. Mówi Pan o normach. 1 w związku z tym mam do Pana pytanie. Jakie Pana zdaniem normy kreuje serial "świat według Kiepskich"? Czy on odpowiada na zapotrzebowanie widzów, czy widzowie wiedzieliby, że taki program można stworzyć, gdyby Pan im go nie zaproponował?
Bogusław Chrabota: "Świat według Kiepskich" to komedia sytuacyjna. Ma dość długą tradycję, nie tylko w telewizji. Wywodzi się od komedii antycznej, od Arystofanesa...
Paweł Śpiewak: Pan żartuje!
Bogusław Chrabota: Nie, wcale. W komedii, nie tylko sytuacyjnej, negatywne wzorce prezentowane są po to, by je obśmiać. Przez to można się czegoś nauczyć. Taka jest natura komedii, taka była kiedyś, taka jest dzisiaj. Jest kwestia, oczywiście, gustu, coś się może podobać, coś nie. Dla was "Kiepscy" to coś, co ohydne, brudne i złe. Dla innych to Polska w krzywym zwierciadle i serial, który się podoba. Ale nikt, naprawdę nikt, nie traktuje wzorców z "Kiepskich" poważnie. Najprostszy, moim zdaniem, odbiorca pojmuje, że to komedia, że z tego należy się śmiać. Tak samo śmiano się ze "Skąpca" Moliera.
Jan Sęk: Chciałem panu przewodniczącemu Jackowskiemu bardzo podziękować za cenne sugestie, gdzie postawić czerwone kółeczko, a gdzie przysłowiową kropkę przy określonym filmie itd. Chcę też jednak przypomnieć, że decyzje w tej sprawie zależą nie od nas, a od ustawodawcy. Obowiązująca ustawa o radiofonii i telewizji pochodzi z 1992 r. i zgodnie z nią Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nie ma takich instrumentów , o których pan mówi. Musimy się tego trzymać, jeżeli chcemy żyć i działać w państwie prawa. Jeżeli panowie uważacie, że te instrumenty są złe, czekamy na zmiany. Nie można jednak powiedzieć, że w tym czasie my kompletnie nic nie robimy. Podpisaliśmy z nadawcami telewizyjnymi dokument "Przyjazne media" , powołaliśmy Komisję Wrażliwości Społecznej, która już poczyniła określone kroki i w przyszłym roku zwiększy swoją aktywność. Robimy sporo. Ale wszystkie nasze dyskusje i artykuły w tak poczytnych tytułach jak "Rzeczpospolita" nie spełnią swej roli, jeżeli nie dojdzie do samoograniczenia się nadawców w materii, o której mówimy.
Nina Terentiew: Najbardziej boli mniej brak tolerancji tzw. inteligencji, czyli nas, dla tzw. prostych ludzi
Dyrektor programu 11 TVP Nina Terentiew: Zarzuca się nam, że Teatr Telewizji jest naszym listkiem figowym. To nie listek, a liść, a właściwie całe drzewo liści. Nie ma w Europie drugiej telewizji, która nadawałaby osiem spektakli teatralnych w miesiącu. Nie ma też telewizji, która w porze największej oglądalności uporczywie nadawałaby magazyny literackie, teatralne, muzyczne, koncerty muzyki poważnej, opery oraz różnorakie festiwale. Wszystko to kosztuje. Takie miliardy, o jakich lepiej nie mówić.
Najbardziej boli mnie jednak brak tolerancji tzw. inteligencji, czyli nas, dla tzw. prostych ludzi. Dlaczego my, mieszkańcy Warszawy i Krakowa, wiemy wszystko najlepiej? Dlaczego jesteśmy lepsi, mądrzejsi, właściwsi w swoich odczuciach niż mieszkańcy Pcimia. Dlaczego ktoś, kto płacze przy Krzysztofie Krawczyku, jest durniem, a ten, co się wzrusza na koncercie muzyki poważnej, jest mędrcem? Wrażliwość człowieka kształtuje jego rodzina, otoczenie, różne sytuacje. Metodą nakazową nie uczynimy z innych ludzi takich, jakimi sami jesteśmy.
Edward Miszczak: W waszym raporcie nie ma ani jednego pozytywnego zdania o programie jakiejkolwiek telewizji. To nie jest, jak powiedział Bogdan Chrabota, dodatek z tezą. To jest dodatek pod tezę.
Mamy poczucie, jakbyśmy rozmawiali o dwóch światach. Jakby w Polsce od 10 lat nie było rynku komercyjnego, tylko nagle odkryto, że pan Solorz i pan Walter , do cna przesiąknięci komercją, są tylko zainteresowani jednym - pokazywaniem trupów, by poprawić pozycję na rynku.
Doktor Śpiewak mówi, że aby dowiedzieć się czegoś o świecie, musi oglądać CNN. Z badań oglądalności wynika - panie doktorze - że polski widz nie jest zainteresowany zagranicznym newsem tak bardzo jak pan. Pan jest tylko na marginesie rynku. Staramy się ustawiać informacje we właściwej hierarchii, ale musimy się liczyć z tym, że nie można karmić ludzi potrawą, której oni nie chcą.
Jan Maria Jackowski: Trochę jestem zaskoczony kierunkiem naszej dyskusji. Panowie prezesi, właściwie panowie baronowie telewizyjni, odpowiedzieliście na raport "Rzeczpospolitej" świętym oburzeniem. A nie jest przecież tak, że oferta waszych telewizji jest genialna. Problem poruszony przez "Rzeczpospolitą" rzeczywiście istnieje. Jeden z amerykańskich krytyków filmowych przeanalizował zawartość programów tamtejszej telewizji i ustalił, że rzeczywistość prezentowana w telewizji jest tysiąc razy bardziej drastyczna niż rzeczywistość realna. To jest prawidłowość ogólnoświatowa i jej się nie wyeliminuje. Trzeba jednak znaleźć rozwiązania chroniące tę część widowni, która z przemocą, agresją, erotyką obcować nie chce.
Bogusław Chrabota: Chcę dać tutaj wyraz swojemu optymizmowi. Po pierwsze, sfera audiowizualna jest znacznie łatwiejsza do kształtowania niż prasa, do której należy zarówno "Rzeczpospolita", jak i tygodnik "Nie". Media elektroniczne są bardziej reglamentowane przez prawo. Jest dość szczegółowa ustawa, jest KRRiTV, organ nadzorujący. Jest także mechanizm ograniczający dostęp, czyli ramówka i pora emisji. Są naturalne cechy gatunków telewizyjnych, którymi można żonglować w ten sposób, by określone treści nie trafiały do niewłaściwych adresatów. Ale tak naprawdę liczy się przyszłość. Telewizja cyfrowa, która będzie telewizją precyzyjnego adresata. Telewizja warunkowego dostępu i segregacji repertuaru. Każdy znajdzie w takiej telewizji to, czego szuka. Rodzice będą mogli tak zaprogramować odbiór, by kontrolować programy, jakie będą trafiały do ich dzieci. Jaki to będzie miało pozytywny skutek z perspektywy tezy postawionej przez raport "Rzeczpospolitej"? Ano taki, że ci, którzy nie chcą agresji, brutalności, seksu i jeszcze paru rzeczy rajcujących innych, nie będą na nie narażeni. Innych dostęp do ulubionego repertuaru będzie po prostu kosztował. Ta perspektywa nie jest szczególnie odległa. To raptem kilka lat...
Sławomir Zieliński: Ufam, że nie zrobiliście tego raportu, by wykorzystali go politycy
Dyrektor I programu TVP Sławomir Zieliński: Ufam, że wasz raport przygotowaliście w dobrej wierze. Ale czekam teraz, który z polityków wykorzysta go przeciwko telewizji komercyjnej, przeciwko telewizji publicznej, a może nawet przeciwko Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Czekam, kiedy pierwszy polityk rzuci tym "kamieniem" , który tak pięknie podaliście na tacy. Ufam, że nie zrobiliście tego raportu po to, by tak było. Dlatego też czekam na następny raport, tym razem o polskim społeczeństwie. Dużo bym dał, żeby się dowiedzieć, czym się różni wzruszenie bezrobotnej prządki obierającej ziemniaki po południu w Łodzi, która płacze przy "Milagrosie" czy "Klanie" , od wzruszenia profesor Polskiej Akademii Nauk, która też obiera ziemniaki, ale wzrusza się przy Pendereckim. To a propos dyskusji o wymaganiach i oczekiwaniach naszych widzów. Jesteśmy zadowoleni z tego, co robimy, choć oczywiście odczuwamy niedosyt. Ale wszystko, co robimy, czynimy w dobrej wierze. Sami pilnujemy standardów, wartości etycznych, nie zadajemy ciosów poniżej pasa. Filmy, w których jest cokolwiek brzydkiego i złego, pokazywane są koło północy. Od 1 lutego będą emitowane o godz. 23.00, bo ludzie chcą je oglądać o normalnej w miarę porze, a nie nocą.
Musicie wiedzieć, że gdyby nie telewizja, czy publiczna, czy komercyjna, zamarłoby życie kulturalne. Dlatego że bez telewizji nie ma widowiska sportowego, nie ma wielkiej kultury, nie ma filmu, nie ma sztuki, nie ma teatru, w ogóle nie ma życia.
Robert Kwiatkowski: Szanowni państwo, nie rozumiemy się co do dwóch podstawowych rzeczy. Po pierwsze, nie rozumiecie, czym jest telewizja. Nie rozumiecie, że jest częścią systemu, który obejmuje i gospodarkę, i społeczeństwo. Reklama, bo od niej chciałem zacząć, jest spoiwem społeczeństwa masowego. Nie ma masowego społeczeństwa, nie ma gospodarki, bez reklamy. Bez niej nie ma sprzedaży produktów na skalę masową, nie ma wynalazków, nie ma mediów niezależnych od władzy, od państwa. Zrozumienie znaczenia reklamy dla społeczeństwa pozwala na zrozumienie, jaka jest funkcja telewizji jako narzędzia tworzenia społeczeństwa masowego.
U podstaw tego niezrozumienia leży też drugi problem - wasza pretensja, by wypowiadać się w imieniu społeczeństwa. Mili państwo, tak po prostu nie jest. Wasze uwagi są reprezentatywne dla kilkudziesięciu, może 300 - 500 tysięcy ludzi w Polsce i tyle. Nie potraficie się pogodzić z tą prawdą, którą my codziennie mamy przed oczami. Oczywiście, można mówić o tym, że telewizja kształtuje, telewizja kreuje. Ale gdyby tak było, świat naprawdę wyglądałby zupełnie inaczej. Skąd pomysł, żeby odpytywać Polsat, jakie wartości ma kreować "świat według Kiepskich"? Polsat robi to po to, by mieć dużą widownię, zdobyć dużo reklam, mieć pieniądze na utrzymanie swojej stacji. Także na to, by mieć niezależną od innych stacji informację. Jak można oskarżać telewizję o to, że propaguje sceny przemocy? A skąd się biorą w telewizji filmy? Dostarcza je przemysł kinematograficzny. To on jest największym nośnikiem agresji, przemocy i seksu.
Mariusz Walter: Zaatakowaliście na państwo w swoim raporcie m.in. za film "Słodko gorzki". To paradoks. My wyświetlamy film polskiej produkcji, dofinansowany z budżetu Ministerstwa Kultury, a wy robicie z niego sztandarowy zarzut, jakie tam były sceny i czego młodzież tam nie wyprawia. Czy my mamy takiego filmu nie wyświetlać? Czy wyświetlać go po 24.00 i do niego dołożyć? Z czego? Ale to już nikogo nie obchodzi.
Jeśli chcecie o telewizji mówić poważnie i chcecie nam pomóc, to odpowiedzcie nam lepiej, dlaczego społeczeństwo chce oglądać "Supergliny" i łaknie jeszcze więcej takich programów. Dlaczego Edek Miszczak "W celi nr" ma pięć punktów ratingowych, chociaż program jest emitowany o 23.00? Czy dlatego, że ludzie są tępi, głupi, zdziczali, zwierzęcy? Nie. Bo znają zagrożenia. Chcą zrobić krok dalej, chcą przypatrzeć się własnej twarzy. Może nie potrafią tego jeszcze nazwać i odpowiedzieć dlaczego, ale już to czują.
Piotr Aleksandrowicz: Ma Pan na myśli rozmowę z wielokrotnym mordercą?
Mariusz Walter: Na przykład. Nawiasem mówiąc, środowisko prawnicze jest pewnie wdzięczne za ten program, bo kładzie on pewną tamę wyobraźni poselskiej również.
Dlaczego widzowie chcą prostoty Paoli czy Esmeraldy? Dlaczego sześć milionów ludzi przy tym płacze, a jeśli przerwie się emisję, bo nie ma prądu, to blokują się centrale telefoniczne? Ci ludzie nie chodzą na filmy Zanussiego. Ja żywię do naszych widzów szacunek, bo wiem, dlaczego chcą to oglądać. Chcą żeby zdrada była zdradą, miłość miłością, kłamstwo kłamstwem, uczucie uczuciem, płacz płaczem a grzech grzechem. To proste odczucia, które trzeba szanować, a dotyczą zaledwie małej części naszego repertuaru.
Pan prezes Kwiatkowski słusznie twierdzi, że lada moment jedynym bastionem obrony wartości kultury tego kraju może być archiwum TVP. Być może już za rok, dwa najpierw słabsi, a potem silniejsi polscy nadawcy komercyjni, jeśli dalej się tak rzeczy będą miały, przestaną egzystować. A jeśli pana dziennikarzy martwi liczba trupów na minutę i liczba gwałtów, tudzież scen erotycznych, słabych i ostrych, to chcę panu powiedzieć, że już niedługo miliony Polaków za pośrednictwem platformy cyfrowej będą mogły oglądać dużo straszniejsze rzeczy. Czy wtedy zrobicie raport o 260 stacjach, wśród których 70 pokazuje dwóch panów z jedną panią? Przy repertuarze wielu zagranicznych stacji my jesteśmy jak grzeczni chłopcy. Brońcie nas. Dziś status polskiego nadawcy przypomina klienta ściganego przez izbę skarbową. Klienta, który wiele miesięcy czeka na zatwierdzenie w ministerstwach przyznanej mu już koncesji. Klienta, który prawo zna na pamięć, ale może nim sobie tylko pomachać. Taka jest nasza kondycja. Potrzebujemy pomocy, ale nie zwracam się o nią do waszej gazety, bo gdyby wam problemy nadawców naprawdę leżały na sercu, to pierwszym raportem o elektronicznych mediach byłby raport o rządowej strategii wobec tych mediów w Polsce.
Proszę nie identyfikować naszych postaci wyłącznie z jedną aktywnością zawodową, która polega na robieniu pieniędzy. Gdyby tak było, uruchomilibyśmy trzecią zmianę na przykład do produkcji chipsów i leżelibyśmy w fotelu.
Paweł Śpiewak: W gruncie rzeczy pan Walter reprezentuje stanowisko, że polskie społeczeństwo jest głupie i niewykształcone. Rzeczywiście, jak się ogląda "Milionerów" , to rysuje się przerażający obraz niewiedzy ludzi. Być może, pytanie ogólnie sformułowane, jaka jest polska telewizja, jest zbyt ubogie.
Paradoksalnie dla siebie samego poparłbym stanowczo posła Jackowskiego. Powiedziałbym, że przyszedł czas na to, by zawrzeć rodzaj umowy telewizyjnej w sprawie ilości i jakości przemocy pokazywanej w telewizji. Umowy, która by zakładała ograniczenie nie tylko poprzez światełko migające na ekranie, ale być może poprzez przesuwanie na późniejszą porę czy wręcz likwidację pewnego rodzaju przemocy. Przemocy niepotrzebnej, która jest przemocą tylko dla przemocy, przemocy szokującej. To samo powinno dotyczyć sfery seksualności. Wedle pana Waltera inicjacje seksualne odbywają się już w 14 roku życia. Ale nie uważam, by mojemu 12-Ietniemu synowi, który o godzinie piątej po południu może obejrzeć agresywne sceny erotyczne, było to potrzebne. Jakaś forma autokontroli nadawców jest niezbędna.
Rozumiem też, że telewizje muszą z czegoś żyć i zarabiać pieniądze. Ale mają one poza tym zadania publiczne. Cztery zadania uważam dziś za podstawowe.
Pierwsze to nauczanie historii i kultury polskiej, bo wydaje mi się, że wszystkie telewizje komercyjne, a po części i telewizja publiczna, nie poświęcają temu zbyt wiele czasu. I w związku z tym sami nie potrafimy się rozpoznać we własnej przeszłości, a jest to przecież element budowania samoświadomości i tożsamości zbiorowej.
Drugi problem to integracja z Europą. Dziś chętnych do wejścia do Europy jest 48 - 50 proc. Polaków. Gdzieś powinna się toczyć dyskusja o tym, co dla Polaków oznacza ta integracja. To kwestia przyszłości tego kraju. 1 moim zdaniem najważniejszym miejscem do prowadzenia takiej dyskusji powinna być właśnie telewizja. Wyraźnie mówię to w języku powinności, bo to jest sprawa priorytetowa.
Sprawa następna - miejsce tzw. kultury wyższej, którą dziś odnaleźć można jedynie w telewizji publicznej. Przyznam szczerze, że w telewizji komercyjnej nie zauważyłem ani jednego programu o książkach, o ważnych wydarzeniach kulturalnych. Ani jednego istotnego programu, który by pokazywał, co się dzieje w tzw. wysokiej kulturze i w minimalny chociaż sposób informował o tym swoich widzów.
Ostatnia rzecz to kwestia dyskusji o sprawach publicznych. Mam poważne zastrzeżenie do publicystyki telewizyjnej, która jest całkowicie zdominowana przez polityków. To politycy prowadzą dyskusję publiczną i w rezultacie toczy się ona właściwie poza tymi, którzy są znawcami problemów, o których się dyskutuje. Już wkrótce jednym z poważniejszych problemów będzie wejście dwóch milionów osób z wyżu demograficznego do przemysłu i szukanie dla tych młodych ludzi miejsc pracy. Tymczasem nie znalazłem w telewizji żadnego programu publicystycznego, w którym byłaby o tym mowa. Nie neguję tego, że telewizja to też rozrywka, że musi dostarczać przyjemnych wrażeń, że musi nadawać seriale. Ale mam wrażenie, że telewizja jest aż nadto bierna wobec swych społecznych powinności, jest nadto oportunistyczna wobec widza. W żaden sposób nie kreuje ani wartości, ani nie porusza problemów, jakimi żyjemy i jakimi będziemy żyć w przyszłości.
Rabert Kwiatkowski: Ja rozumiem panie doktorze, że pan nam każe robić programy o książkach. To jest jasne. Ale, na Boga, co Polsat ma z tym wspólnego? Pan Solarz i pan Walter mogą mieć ambicje i mogę sobie wyobrazić, że jeden z nich jest na przykład bibliofilem i za swoje prywatne pieniądze może nadawać program o książkach. A dlaczego mieliby być do tego zmuszeni? Czy będą mieli z tego tytułu jakąś ulgę finansową?
Paweł Śpiewak: Cała ta dyskusja to jeden wielki popis samozadowolenia nadawców telewizyjnych. Nie czujecie panowie żadnej odpowiedzialności poza tym, by wasze firmy funkcjonowały, zarabiały pieniądze i utrzymywały ludzi. Ale za jakiś czas będziecie rozliczani za to, jaki obraz kształtują wasze stacje. Bo stoją przed wami bardzo poważne zadania cywilizacyjne.
Mariusz Walter: Widzę, że pan doktor nie ogląda w ogóle naszej stacji.
Proszę pokazać mi drugą komercyjną telewizję w Europie, która nadaje tyle programów informacyjnych, ile nasza stacja. Uznaliśmy, że dziś do świadomych wyborów najbardziej potrzebna społeczeństwu jest informacja i oferujemy ją widzom. Nie mamy tego w koncesji aż w takim wymiarze, jak to robimy. Trzy czwarte środków wydaliśmy na utworzenie wielkiej struktury, która przygotowuje programy informacyjne i wokółinformacyjne.
Aleksander Myszka: Dzisiejsze spotkanie w dużej części zostało poświęcone na przekazanie odczuć nadawców na temat raportu. Ale przypadkiem stało się też okazją do wyrażenia poglądów oczywistych, co mnie osobiście wprowadza w stan zażenowania. Musimy tłumaczyć to, co dla dziennikarzy powinno być od dawna zrozumiałe. To fakty. wyniki oglądalności, reklamy, które dla prywatnych stacji są niezbędne do istnienia i z emisją których widz musi się pogodzić. A państwo oczekujecie od nas, że w imię wyższych racji będziemy dopłacać do programów i zrezygnujemy z masowego widza na rzecz niszowej publiczności. Takie oczekiwania mnie szokują. Od prywatnego przedsiębiorstwa nie można wymagać czegoś innego niż racjonalnego prowadzenia gospodarki z punktu widzenia zasad ekonomii. Maksymalizacja zysków nie jest dla nas niczym wstydliwym, aczkolwiek myślę, że uważni obserwatorzy programów telewizyjnych stacji komercyjnych znajdą dostatecznie dużo dowodów na to, że mimo braku takich obowiązków także na naszych antenach jest miejsce na wyższe wartości i na pewne ukłony, których robić nie musimy. Oczywiście, obowiązki takie ma TVP , która - wtłoczona w ramy wyznaczone przez kodeks handlowy - z jednej strony ma do wypełnienia zapisaną w ustawie misję, z drugiej, dążąc do uzyskania zysków, musi się ścigać z nadawcami komercyjnymi. Być może jedyną drogą uzdrowienia tej sytuacji jest zwolnienie TVP z rygorów przedsiębiorstwa rynkowego na rzecz obowiązków publicznych.
Jan Maria Jackowski: Zgadzam się z diagnozami prezesa Waltera, dotyczącymi przyszłości rynku audiowizualnego w Polsce. Jeżeli propozycje, które właśnie rozpatrujemy w komisji, dotyczące prawa autorskiego, ustawy o kinematografii, ustawy o radiofonii i telewizji, wejdą w życie, to śmiem twierdzić i mówię to z całą odpowiedzialnością, że w ciągu dwóch - trzech lat nadawcy działający dziś w Polsce nie będą już w tej formie na rynku telewizyjnym obecni. Cały system medialny poddany może zostać procesowi globalizacji, w którym systemy informatyczne i telekomunikacyjne wchłoną media elektroniczne. Zgadzam się z krytyką rządu, który dotąd nie utworzył żadnej wizji, jak powinna wyglądać narodowa strategia medialna Polski. Równocześnie większość polityków nie ma pojęcia, co nam grozi. Na telewizję patrzy się na poziomie łupu politycznego. Nie myśli się, co będzie za pięć czy dziesięć lat. Niedawno na posiedzeniu komisji padło stwierdzenie, iż wcale nie jest pewne, że media znajdujące się w Polsce będą promować polską kulturę. Sformułowano tezę, że być może obcy kapitał lepiej będzie realizował daninę na rzecz polskiej kultury, na rzecz produkcji audiowizualnej. Ale nie będzie się o tych problemach głośno mówić, jeżeli polscy nadawcy sami nie wyciągną wniosków, jakie wynikają chociażby z raportu "Rzeczypospolitej".
Cały czas w tej rozmowie wyrażacie państwo przekonanie, że ktoś tu czegoś nie rozumie, nie wie, jak działa rynek. Ze właściwie to, co dajecie widzom, to maksimum tego, co może być. Nie jestem o tym przekonany. Moim zdaniem trzeba znaleźć równowagę między odpowiedzialnością i pewnymi powinnościami, o których mówił dr śpiewak, a jednocześnie zdolnością przewidywania, co na tym rynku będzie się dziać za kilka lat.
Edward Miszczak: Bardzo się cieszę, że pan doktor Śpiewak nie dostał koncesji na telewizję komercyjną, bo dzięki temu mogę pracować w jednej z nich. Myślę, że gdyby telewizja pana profesora realizowała założenia programowe, o których mówił, to splajtowałaby w ciągu sezonu. Myśmy tutaj dzisiaj nie przyszli do państwa tylko dlatego, że szanujemy wasz dziennik, ale też dlatego, że poczuliśmy wielką niesprawiedliwość w ocenie. Państwo po prostu wyprodukowali bubel, by sprowokować środowisko mediów elektronicznych. I to się rzeczywiście państwu udało. Tymczasem widz jest mądry, ma większą aprobatę dla sytuacji erotyczno-seksualnych i ogromną nienawiść do scen przemocy. My nie jesteśmy idiotami, którzy wypuszczają coś przeciwko własnemu widzowi. Po każdej scenie, która nie jest akceptowana przez rynek telewizyjny, są stosy listów, jest wiele telefonów, interwencji w Krajowej Radzie. To jest bardzo wyczulone środowisko. Jeśli widz tego nie akceptuje, to widzowi w ofercie się już tego nie daje.
Nina Terentiew: Chciałam się powołać na zdanie przewodniczącego KRRiTV Juliusza Brauna, które przeczytałam w "Rzeczpospolitej" po opublikowaniu raportu. Otóż uważa on, że jest to raport o naszej cywilizacji, ponieważ - powiem truizm - telewizja jest zwierciadłem życia. Magazyny "997", "Gliny" czy "Kronika kryminalna" nie dlatego mają widzów, że my chcemy nadawać brutalne sceny, tylko dlatego, że kiedy stoję na światłach, do samochodu podchodzi młody człowiek, uderza młotkiem w szybę i wyrywa mi torebkę. Nie dlatego tak mało widzów ogląda magazyny kulturalne, że one są złe, tylko dlatego, że nowe czasy przyniosły niepogodę dla kultury. Ponieważ nie ma już domów kultury w każdym Pcimiu Małym czy w Pcimiu Dużym, ponieważ książki i płyty są drogie, i nie każdego na nie stać. To nie jest tak, że społeczeństwo jest takie, jak my sobie wymyśliliśmy, a złe telewizje pokazują coś z sufitu. Te złe telewizje pokazują kondycję społeczeństwa, które my wszyscy tworzymy.
Robert Kwiatkowski: Zainspirował mnie pan doktor Śpiewak po raz kolejny, mówiąc, że to spotkanie jest najlepszą ilustracją samozadowolenia nadawców.
Otóż nie, panie doktorze. To jest przejaw wszechogarniającej frustracji spowodowanej niezrozumieniem spraw, które my uznajemy za oczywiste i elementarne.
Bożena Wawrzewska: Bardzo się cieszę, że Państwo tyle słów powiedzieli o naszym raporcie. Weźmiemy pod uwagę wszystkie państwa sugestie. Przy okazji chciałabym zapewnić, że on naprawdę nie był przez nikogo inspirowany. Pan Miszczak podpowiada, iż mówi się, że nasz raport powstał z inspiracji Wiesława Walendziaka. Możemy Państwa zapewnić, ani pan Walendziak, ani prezydent Kwaśniewski, ani nikt inny nie podsunął nam tego pomysłu. Idea przygotowania raportu o polskiej telewizji powstała w naszej redakcji.
Mariusz Walter: Jakkolwiek jestem w stanie uwierzyć, że raport powstał bez żadnej inspiracji z zewnątrz, to daliście państwo znakomity przedstrzał do manifestacji na rzecz kolejnej ogólnopolskiej dobrej, familijnej, spolegliwej, rodzinnej stacji. Tylko pamiętajcie państwo, taka stacja, jeśli powstanie, będzie musiała utrzymywać się z wpływów z reklam!
Piotr Aleksandrowicz: Dziękuję za przyjęcie zaproszenia do tej dyskusji. Chciałbym podkreślić jedno - myśmy tu nie zabierali głosu, bo chcieliśmy dać Państwu okazję do wypowiedzenia własnych uwag na temat polskiej telewizji. Nie znaczy to, że zgadzamy się z tym, co Państwo powiedzieliście.



