Polemiki i dyskusje

Mediów grzechy główne. Spowiedź grzeszników

Dyskusja nad aktualnym stylem polskiego dziennikarstwa opublikowana w Rzeczpospolitej 27 maja 2000 roku

W dziesięć lat po przemianie ustrojowej, która przyniosła Polsce wolność oraz warunki budowania demokratycznego państwa, Rada Etyki Mediów apeluje do środowisk prasy, radia i telewizji, zwłaszcza zaś do mediów publicznych, o podjęcie dyskusji nad stylem i poziomem uprawianego w nich dziennikarstwa.

Kontrolowanie czystości życia politycznego i przejrzystości procesów gospodarczych, piętnowanie postaw nieetycznych, niedociągnięć, nadużyć i korupcji, jest sprawą zasadniczą, ale nie jest jedyną funkcją, wyłącznym celem uprawianego przez nas zawodu. Tzw. dziennikarstwo drapieżne, agresywne, owocujące tekstami i wypowiedziami bulwersującymi opinię publiczną, jakże często bez pokrycia w faktach i bez dostatecznych ku temu powodów, nie powinno być głównym sposobem informowania społeczeństwa i uprawiania publicystyki.

Przesłaniem naszego zawodu jest przede wszystkim dobro odbiorcy, pierwszym kryterium zaś , zapisanym w Karcie Etycznej Mediów, jest taki sposób przekazywania treści i komentowania informacji, aby pomagał odbiorcy rozumieć otaczającą go rzeczywistość i rozpoznawać, co w niej najważniejsze, a co drugorzędne.

Dotyczy to również - a może przede wszystkim - kreowania opinii o własnym państwie i społeczeństwie. Tymczasem sytuacja jest taka, że o wiele lepiej niż my sami, postrzegają nas inni. Dlaczego tak jest? Warto się nad tym zastanowić.

Maciej Łukasiewicz: - Wydając niedawno oświadczenie Rady Etyki Mediów (patrz wyżej - red.), chcieliśmy rozpocząć dyskusję w środowisku nad aktualnym stylem dziennikarstwa polskiego. Prawdę mówiąc, pies z kulawą nogą tego oświadczenia nie zauważył. Problem jednak jest jak najbardziej aktualny, o czym świadczą choćby takie przypadki, jak nie tak dawna "przygoda" łódzkiej TVP z Grzegorzem Piotrowskim czy z innym, nie mniej wątpliwym bohaterem PRL-owskich "służb", Edwardem Misztalem, który wystąpił w ogólnopolskiej telewizji jako niezależny ekspert od polowania na tygrysy. Sądzę, że choćby tylko te przykłady stanowił powód do porozmawiania o tym, czy, w 10 lat po przełomie, styl i poziom uprawiania dziennikarstwa odpowiadają standardom, jakie chcielibyśmy upowszechniał. A przecież jest jeszcze cały, o wiele ważniejszy , polityczny kontekst uwikłań naszego zawodu - którego nie sposób nie zauważyć.

Magdalena Bajer: - Jaki jest ten styl aktualny? Co przede wszystkim dociera do odbiorcy - do naszych czytelników, słuchaczy, do telewidzów, co dominuje? W przekazach publicystycznych przeważa nastawienie, że oto dziennikarz odsłania przed swoim odbiorcą jakieś kulisy, a za tymi kulisami jest samo zło, same ohydne rzeczy, które właśnie dziennikarz ukazuje i to jest jego największa zasługa - i oczywiście obiecuje, że będzie odsłaniał jeszcze więcej właśnie tego, co jest za kulisami życia publicznego, politycznego, właściwie wszystkich dziedzin życia.

Stefan Bratkowski: - Ale ma rację. Mamy akurat do czynienia z układem władzy, w którym klasa polityczna nie jest kontrolowana przez społeczeństwo i praktycznie jedynym środkiem jej kontroli są media. Niestety, media publiczne są zdominowane całkowicie przez politykę, liczne z nich są wprost pod kontrolą polityków.

Agnieszka Magdziak-Miszewska: - Jeżeli mówimy o mediach, że to jest czwarta władza, to niestety, ta czwarta władza jest taka, jak pozostałe. Odzwierciedla stan władzy wykonawczej i władzy ustawodawczej. I przenosi niejako styl tej władzy na swój grunt. Ponieważ najłatwiej jest dziennikarzowi mało przygotowanemu - pisał głównie o rzeczach bulwersujących, czy też pozostawiał pewne nawiasy, które pozwalają sądzić, że gdzieś tam jest skandal. Brak profesjonalizmu przekłada się na styl mediów. I jeszcze jedna rzecz. Często mówi się, że społeczeństwo oczekuje określonego typu dziennikarstwa. Chciałam zapytać, czy to przypadkiem nie jest błędne koło? Czy środki przekazu nie narzucają społeczeństwu tego, czego ma oczekiwać? Jest to również ważny problem.

Ignacy Rutkiewicz: - Pamiętacie państwo zapewne, jak po śmierci księżnej Diany zarzucano reporterom nadmierną agresywność, a oni mówili: "takie mamy polecenia od wydawców". Wydawcy mówili: "tego oczekują od nas odbiorcy", to jest właśnie to błędne koło, ale tu już wychodzimy poza granice naszego kraju.

Janusz A. Majcherek: - A ja, jeśli wolno, chciałbym Pozostać w tych granicach i stanowczo zaprotestować przeciwko takim sugestiom, że skandalizujący czy, powiedzmy, "afero-maniacki" charakter niektórych doniesień medialnych odzwierciedla polską rzeczywistość, a zwłaszcza że jakoby ma on trafnie charakteryzować obecny system i instytucje władzy. Proszę nie zapominać, że 10 lat temu dokonaliśmy radykalnej zmiany. Kilkanaście lat temu system władzy w Polsce był o wiele bardziej podły, wstrętny i kryło się za jego kulisami o wiele więcej zła, a nikt o tym nie pisał.

S. Bratkowski: - Przepraszam, ja akurat pisałem.

J. A. Majcherek: - Nieliczni tylko mieli odwagę o tym pisać.

Dariusz Szymczycha: - Ja bym jednak chciał bronić dziennikarzy. Bardzo często wydawcy, właściciele tytułów, właściciele stacji radiowych czy stacji telewizyjnych wymuszają na dziennikarzach poszukiwanie ciemnych spraw, skandali, bo skandal się "nadaje" na pierwszą stronę. Klasa polityczna z kolei reaguje różnymi dziwnymi pomysłami: ustawa o tajemnicy państwowej, pomysł koncesjonowania dziennikarskiego, czy też koncesjonowanie dostępu do zawodu do rynku mediów .

M. Łukasiewicz: - Pan Majcherek i pan Szymczycha mówią o dwóch trochę różnych rzeczach, które jednak układają się w pewną całość. Pierwszy z nich mówi o problemach, które bardziej chyba należałoby odnosić do mediów publicznych, a drugi - generalnie o sytuacji na rynku mediów. W przypadku na przykład Urbana, on jest i redaktorem naczelnym, i właścicielem pisma. Jak każdy właściciel, chce zarobić jak najwięcej i wymusza na dziennikarzach - zgadzam się z panem Szymczychą - pogoń za sensacją i aferami za wszelką cenę. I tego Urbana czyta około 2 milionów ludzi.

Barbara Czajkowska: - Trudno mi się zgodzić z tym, co powiedział redaktor Szymczycha. Nie widzę winy wyłącznie po stronie wydawców. Szczęśliwie rynek tak się rozwinął przez ostatnich 10 lat, że do wyboru jest trochę więcej niż cztery czy pięć tytułów. Jeśli dziennikarz - bo zakładam, że mówimy o dziennikarzach, a nie ludziach przypadkowych w zawodzie - ma opory przeciwko gonieniu za tanią sensacją, może po prostu zmienić pracę. Ja wiem, że jest bardzo ciężko na rynku pracy, ale to nie może usprawiedliwiać ani przesądzać o stylu uprawiania zawodu.

Jeśli zauważa się - a to gołym okiem widać - wielkie afery , które wstrząsają naszym krajem, to nie ma nic do rzeczy, że 15 czy 20 lat temu były dużo większe i bano się o nich mówić, całe szczęście, że można o nich mówić teraz.

Należy o takich rzeczach koniecznie pisać, koniecznie nagłaśniać, po to właśnie, aby je wyeliminować z życia publicznego, by to się wreszcie udało. Ludzie, którzy w aferach biorą udział, którzy je wywołują, którzy działają na szkodę naszego kraju, powinni być demaskowani. 1 tu dochodzę do stylu: można o tej samej sprawie napisać na łamach "Rzeczpospolitej" albo pójść z tym do Urbana, czy też powędrować do innego, nazwijmy to, brukowca. Nikt nas nie zmusza, żebyśmy pisali u kogoś, z którego poglądami się nie zgadzamy.

I. Rutkiewicz: - Mówi pani o rynku warszawskim, gdzie rzeczywiście dziennikarz ma możność wyboru. Natomiast w mniejszych ośrodkach jest on często skazany na jednego pracodawcę, jednego właściciela. I albo wychodzi z zawodu...

B. Czajkowska: - Nikt go nie zmusza, żeby pracował w tym zawodzie, skoro czuje obrzydzenie do wydawcy bądź stylu, jaki redakcja prezentuje. Chciałabym przypomnieć, że myśmy dawniej w ten sposób usprawiedliwiali działanie cenzury. Mówiliśmy. "no, musiałem się zgodzić, bo by mnie wyrzucili..." .

S. Bartkowski: - Chciałem wrócić jeszcze do cięższej, jak sądzę, choroby. Od 10 lat próbuję tłumaczyć, że życie składa się nie tylko z wiadomości negatywnych. W kraju, w którym się mnóstwo zmienia, w którym zmienia się najwięcej w Europie, nie ma informacji o tym, co się dziej pozytywnego, i o ludziach, którzy robią rzeczy dobre i pożyteczne.

B. Czajkowska: - Tu akurat jest wina wydawców.

S. Bratkowski: - Staramy się tłumaczyć, że Ameryka nie stworzyłaby swojej kultury, gdyby nie było kultu sukcesu, ale nie w sensie zdobytych pieniędzy, tylko że ktoś coś potrafił zrobić. I to nie pojedynczy człowiek, chociaż, oczywiście, pojedynczych bohaterów łatwiej pokazywać, ale również całe społeczności. Otóż konia z rzędem w tej chwili, jeżeli ktoś mi pokaże gazetę, telewizję, która pokazuje regularnie - w podstawowym serwisie informacyjnym - tych wszystkich, którym się coś udaje, którzy coś potrafią, którzy rzeczywiście zmieniają ten kraj na lepsze.

J. A. Majcherek: - Chyba nie jest aż tak źle. Znajdziemy media, które to śledzą. Oczywiście, to nie są media głośne. To są gazety gminne, lokalne. One się całkiem dobrze sprzedają. Jest na nie zapotrzebowanie i to fajnie hula.

M. Bajer: - Aczkolwiek dziennikarze z tych mediów skarżą się na naciski polityczne lokalnych władz samorządowych.

D. Szymczycha: - Ale tam właśnie naciski idą w tym kierunku - żeby pokazywać, jak jest dobrze. Niestety, media generalnie uwikłały się w politykę. Stąd jednostronność obrazu.

A. Magdziak-Miszewska: - Styl mediów w pewien sposób dyktuje kultura polityczna w ogóle. Jeżeli dzieje się tak, że dziennikarze, mniejsza z tym, czy tacy, którzy całe życie tropili afery, czy też tacy, którzy kiedyś podlizywali się systemowi, a dzisiaj te afery tropią - widzą wyraźnie, że ujawnienie skandalu nie ma żadnych specjalnych konsekwencji dla jego bohaterów, to, mimo woli, sądzą również, że przegapienie kilku szczegółów w opisywaniu jakiejś sprawy czy też "naciągnięcie" faktu, dla nich samych też nie pociągnie za sobą szczególnych przykrości.

I jeszcze o jednej rzeczy chcę powiedzieć. Poruszaliście tutaj państwo problem Urbana i owych dziennikarzy, którzy w przypadku księżnej Diany powoływali się na wydawców. świetnie, tylko że w cywilizowanych państwach istnieje bardzo wyraźne, ścisłe rozgraniczenie prasy brukowej i prasy poważnej. Ja akurat jestem przedstawicielką redakcji, która dwa lata temu poświęciła cały numer pismu "Nie" i Urbanowi. Reakcja poważnych mediów na to, co staraliśmy się zrobić - a staraliśmy się powiedzieć tylko tyle, że miejsce dla takiej gazety, dla tego stylu uprawiania polityki jest wśród prasy brukowej, a nie na salonach - była zdumiewająca. Zostaliśmy przez dużą część naszych poważnych kolegów potraktowani niepoważnie. Argument główny był taki: on ma dwa miliony czytelników i ma pieniądze. Muszę przyznać, że byliśmy zaszokowani faktem, że Jerzy Urban staje się gościem telewizji publicznej, co więcej, że człowiekowi o takim, wydawałoby się, przywiązaniu do wartości, jak Wiesław Walendziak, wydaje się naturalne, że zaprasza go do swojego programu. To jest coś, z czym my pogodzić się nie mogliśmy.

S. Bratkowski: - Z pewnymi ludźmi towarzyskich stosunków po prostu się nie utrzymuje.

A. Magdziak-Miszewska: - Ale właśnie okazuje się, że można.

D. Szymczycha: - Ale z drugiej strony "Nie" było i pozostaje źródłem informacji dla wielu sensacyjnych tekstów w innych gazetach; niektóre podają to źródło. Okazuje się, że tropią tam prawdziwe afery, a nie wydumane.

A. Magdziak-Miszewska: - Ale to jest tylko drobny fragment zawartości "Nie".

J. A. Majcherek: - Mówiono tutaj, że media odzwierciedlają kulturę polityczną i styl polityków, powiedzmy zatem i to, że dziennikarze są zawsze bardzo ostrożni w jakichkolwiek próbach krytycznej analizy mentalności, obyczajów czy kultury społeczeństwa. Społeczeństwu bardzo rzadko mówi się, że ono ma jakieś wady, przywary, że popełnia błędy. Rzadko się też te błędy i przywary personifikuje. Natomiast politykom dziennikarze mówią to otwarcie i bez żadnych skrupułów. Co więcej, wydaje mi się, że często z dużą dozą przesady.

Bez wahania wskazuje się personalnie ministrów, posłów lub innych urzędników, którzy są odpowiedzialni za jakieś błędy, pomyłki czy tylko mankamenty naszego życia publicznego. Ale jeżeli człowiek umiera przed szpitalem wojewódzkim, to nie ma winnego za to osobiście. Wtedy dziennikarz nie ośmieli się powiedzieć wprost: winny jest konkretny lekarz dyżurny, winna jest rejestratorka, pielęgniarka. Nie! Wtedy się zawaha. Większość dziennikarzy dokonuje czegoś jeszcze gorszego, mianowicie, stwierdza: winny jest rząd, winne są reformy, winne są jakieś bezosobowe struktury.

A. Magdziak-Miszewska: - Dlatego, że zgodnie z ustawodawstwem europejskim osoby publiczne są mniej chronione przed mediami. Ja się z tym zgadzam, tylko uświadommy sobie, do jakich to prowadzi skutków. Nie można pokazać kryminalisty w więzieniu, nie można podać jego nazwiska, a nazwiskiem polityka można sobie wycierać gębę we wszystkich mediach - bez ograniczeń. Znam jednak przypadki procesów, wygranych przez polityków. Jeden z ostatnich: Kern kontra Urban, kiedy się okazało, że nawet z najlepiej chyba prawnie chronioną gazetą w Polsce, jaką jest "Nie", można wygrać proces sądowy o swoje dobre imię. Poza tym, nie da się powiedzieć po prostu, że cała nasza klasa polityczna jest w ogóle do niczego, że wszystkiemu winni są wyłącznie politycy. Polityków wybiera polskie społeczeństwo, właśnie takich, a nie innych.

B. Czajkowska: - Chciałabym nurt naszej rozmowy skierować w nieco inną stronę. Mamy przed sobą oświadczenie Rady Etyki Mediów i chcę zadać pytanie przedstawicielom tejże Rady. Otóż, jest tu bardzo czytelna sugestia, że dziennikarstwo, tzw. drapieżne, agresywne, jest dziś głównym sposobem informowania społeczeństwa i uprawiania publicystyki. Chciałam zapytać: co Rada Etyki rozumie pod sformułowaniem "dziennikarstwo agresywne"? Z mojego punktu widzenia agresywny może być człowiek, uprawiający ten zawód, ale dziennikarstwo agresywne?

M. Łukasiewicz: - Uchwalając ten dokument, mieliśmy m.in. na myśli to, o czym mówił red. Bratkowski - że z reguły i najchętniej pokazuje się czarne strony życia, afery, nieudolność władzy , a prawie zupełnie nie interesują dziennikarzy zjawiska pozytywne, wzorce uczciwych ludzi sukcesu, osiągnięcia wielu samorządów, awans Polski po przełomie 1989 r. Czyżby to się gorzej sprzedawało?

M. Bajer: - Mieliśmy coś jeszcze na myśli. Pytanie, czy nie powinno się sprzyjać dziennikarstwu, ukazującemu odbiorcom jakieś obszary zgody , obszary niekwestionowanego wspó1nego dobra?

Janusz Majcherek mówił o odbiorcach. Bardzo się strywializowało pojęcie "dobra odbiorcy" i sprowadziło tylko do tego, żeby zaspokoić jego ciekawość. Rzeczywiście, wydawcy cieszą się, jeżeli odbiorca coś ogląda, czyta, słucha czegoś. A co z tego wynika? Czy, na przykład, powiększa się w jego głowie zamęt i trudniej mu rozumieć wszystko to, co się dzieje? Może nabiera przeświadczenia, że to są wyłącznie afery, od których powinien się odwrócić z obrzydzeniem? Może utwierdza się w postawie takiej, że nie należy się angażować w żadne życie obywatelskie, bo i tak nie ma szans na nic dobrego, na nic sensownego? Czy uważamy za swoją powinność proponowanie czegoś troszkę wyżej ponad aktualny poziom potrzeb odbiorcy, zakładając, że jakoś tam je znamy, czy tylko sobie wyobrażamy, że je znamy. Samo wypowiedzenie czegoś takiego wywołuje zarzut mentorstwa, dydaktyzmu, moralizatorstwa. A ja chciałabym takie pytanie państwu postawić: czy wśród ambicji ludzi, uprawiających nasz zawód, nie powinno być także pragnienie pokazania horyzontu trochę dalszego niż ten codzienny, doraźny.

S. Bratkowski: - Ja się identyfikuję z całym tym zawodem. Nie dzielę gazet ani mediów na brukowe i wyższej klasy. Pracowałem w prasie brukowej i starałem się robić dobrze to, co robiłem. Pracowałem w "Kulisach" , które były pismem masowym i starałem się pokazywać ten "dalszy horyzont". To prasa masowa wychowywała społeczeństwo amerykańskie. Nie prasa elitarna. Mam pretensję o to, że nasza prasa masowa, która jest jeszcze bardzo młoda, najzwyczajniej w świecie nie umie zgromadzić informacji pozytywnej, bo to, niestety, wymaga przygotowania. Trzeba się choć trochę znać na tym, o czym warto napisać w sposób pozytywny, o tym, co się ciekawego stało. Brak przygotowania decyduje w konsekwencji o tym, że ludzie ciekawi, wartościowi, osiągnięcia najciekawsze w tym kraju, pozostają w ogóle nie zauważone.

I. Rutkiewicz: - Ależ ty mylisz prasę brukową z prasą masową. To przecież nie jest to samo.

A. Magdziak-Miszewska: - Chcę odpowiedzieć na pytanie, które postawiła Magdalena Bajer. Oczywiście, boję się takiego sformułowania, jak działalność edukacyjna. Oczywiście, nie można też zakładać, że liczy się wyłącznie oglądalność czy słuchalność. Dzisiaj, niestety, trzeba być człowiekiem albo rozpoczynającym pracę o godzinie 12.00, albo bezrobotnym, żeby mieć szansę zobaczenia czegoś ambitniejszego w telewizji publicznej.

B. Czajkowska: - z własnego doświadczenia wiem, że rzeczywiście bardzo trudno przygotować tak zwane pozytywne tematy Poza tym, wydawcy, nawet jeśli kupują taki temat, to upychają go albo w ostatnią godzinę ramówki telewizyjnej, albo na ostatnie miejsce w gazetach. z drugiej strony, bardzo często są to materiały kiepskiej jakości, co podkreślam i będę podkreślać bardzo długo.

J. A. Majcherek: - Wcale nie mam pewności, czy można od dziennikarzy oczekiwać tego, żeby odbiorca stawał się dzięki ich pracy lepszy. Mam taką nadzieję, ale nie mam pewności. Natomiast mam pewność, że trzeba od nich oczekiwać, aby ich odbiorca - czytelnik, telewidz, radiosłuchacz - stawał się w wyniku ich pracy mądrzejszy. I wydaje mi się, że tu jest klucz do sprawy. W tej dziedzinie, którą znam stosunkowo najlepiej, bo wnikliwie ją śledzę, czyli w publicystyce, uważam, że istnieje bardzo poważne skrzywienie, polegające na tym, że publicystykę najczęściej rozumie się jako ocenianie rzeczywistości, przy zaniedbaniu funkcji informacyjnej i interpretacyjnej. Dla mnie dobra publicystyka polega na wnikliwym interpretowaniu i wyjaśnianiu swojemu odbiorcy różnych zjawisk. On ma dzięki temu lepiej rozumieć świat.

B. Czajkowska: - Wyprostować tę sytuację może wyłącznie wydawca, który nie zaakceptuje jednego, drugiego, trzeciego tekstu.

J. A. Majcherek: - Nie traćmy nadziei, że naszą dzisiejszą dyskusję przeczytają wydawcy.

D. Szymczycha: - Traktowanie dziennikarstwa jako swego rodzaju misji, czy też działalności pozytywistycznej jest - obawiam się - już nierealne. Dzisiaj w tym zawodzie pracują tysiące ludzi. Dziennikarstwo staje się pracą w kolejnej fabryce.

M. Bajer: - Ale podstawowe zadania naszej profesji się nie zmieniły.

D. Szymczycha: - Moim zdaniem, podstawowe zadanie chyba istotnie się nie zmieniło. Jest nim rzetelne informowanie. W dobie społeczeństwa już bardzo skomputeryzowanego, informatycznego, kiedy ludzie coraz częściej sięgają nie do gazet, ale do Internetu, żeby w Internecie zobaczyć gazety , wymóg rzetelnego, fachowego informowania nabiera jeszcze większej wagi.

B. Czajkowska: - Z całym szacunkiem, zawsze było to podstawowe zadanie, panie redaktorze, niezależnie od Internetu. Do czego, pan zmierza?

D. Szymczycha: - Polemizuję z tezą o pewnej szczególnej misji tego zawodu. Moim zdaniem, jest to wyobrażenie trochę anachroniczne.

S. Bratkowski: - Nasza sytuacja jest niesłychanie trudna, bo w tym kraju nadal toczy się rewolucja, w której emocje polityczne odgrywają olbrzymią rolę. Jeżeli mamy do czynienia z sytuacją, że całe ugrupowania "grają" na destabilizację państwa, a z drugiej strony ekipy rządzące pozwalają sobie na, kardynalne czasem, błędy, to rzeczywiście czytelnikowi, widzowi, słuchaczowi trudno się w tym zorientować. Rola dziennikarza w takim stanie rzeczy jest bardzo zobowiązująca i bardzo mnie martwi to, że ogromny procent naszych dziennikarzy i szefów naszego dziennikarstwa, to są ukryci politycy. I nie o to chodzi, żeby zmienić pana Kwiatkowskiego w telewizji publicznej na pana X, ale o to, żeby było zasadą, iż nie polityczni zleceniobiorcy kierują mediami publicznymi, bo efekty będą takie, że po prostu przeciętny widz straci zaufanie do tej telewizji.

I. Rutkiewicz: - Czy pisać "pozytywnie"? Muszę powiedzieć, że tak poważny i opiniotwórczy magazyn, jak "Der Spiegel", przedstawia rzeczywistość niemiecką prawie wyłącznie od strony negatywnej. Robi to jednak w sposób znakomicie udokumentowany, narażając się na procesy i wygrywając je najczęściej. Natomiast np. "Bild Zeitung" czy "Bild" to są pisma typowo brukowe. Moim zdaniem, to wszystko, o czym mówimy, wysokie standardy warsztatowe, profesjonalne i etyczne, one się odnoszą głównie do prasy opiniotwórczej. w jej obrębie dwa główne zadania dziennikarstwa istnieją od zawsze, a kilka lat temu zostały przypomniane w uchwale Zgromadzenia Parlamentarnego Europy: informowanie i wprowadzanie odbiorcy w debatę publiczną. Umożliwianie udziału w debacie publicznej, poprzez analizę rzeczywistości.

B. Czajkowska: - Ja nie widzę, uczciwie przyznam, niczego nagannego w pogoni, jak to się powiada, za sensacją. Rzecz tylko i wyłącznie w jakości warsztatu, w rzetelności przedstawianych faktów i w ocenie moralnej tego, co się sensacyjnie przedstawia.

J. A. Majcherek: - Pani redaktor, tutaj chodzi jeszcze o coś innego. Solidaryzuję się w pełni ze Stefanem Bratkowskim. Jaki to ma być rodzaj sensacji? Sensacyjne osiągnięcia, sensacyjne sukcesy, sensacyjne jakieś grupowe czy indywidualne zdobycze? Przecież to także są sensacje. Czy też sensacją pozostaje tylko afera polityczna bądź korupcyjna lub zbiorowy gwałt?

D. Szymczycha: - Wiele śmiertelnych ofiar katastrof jest materiałem na pierwszą stronę gazety czy na początek "Wiadomości", ale wiele osób uratowanych, to już nie jest sensacja.

J. A. Majcherek: - Ja myślę, że oświadczenie Rady Etyki Mediów zrodziło się z zaniepokojenia tym, iż media, przedstawiając fakty wybiórczo, selektywnie - dobierane pod kątem właśnie sensacji, którą jest klęska, katastrofa, fakt, że coś się nie udało, fałszują rzeczywisty obraz świata.

A. Magdziak-Miszewska: - Zgadzam się tutaj z Januszem Majcherkiem. Jeżeli media przedstawiają przede wszystkim czarny opis sytuacji i najczęściej ograniczają ten opis do szeroko rozumianej klasy politycznej, to nieco przypomina to doświadczenie mediów rosyjskich, gdzie jeszcze do niedawna obraz Rosji był tak czarny , jakiego nie można było znaleźć nigdzie indziej, tyle że tam również analizowano stan rosyjskiego społeczeństwa i pokazywano je jako generator pewnych ujemnych zjawisk. W Polsce, rzeczywiście, o społeczeństwie nie można powiedzieć nic złego, mało kto się na to decyduje. Powołam się znów na reakcję czytelników na dyskusję, która odbyła się w moim piśmie, a dotyczyła takiego oto pytania: czy społeczeństwo polskie w czasie II wojny światowej zdało egzamin wobec Shoah? Każda próba powiedzenia, że nie zdało - nie dlatego, że kolaborowało, zabijało czy donosiło - spotyka się z gwałtowną reakcją negatywną, wydawałoby się, wyrobionych czytelników takiego pisma, jak "Więź". Nie wolno nic powiedzieć, nie wolno postawić żadnych otwartych pytań.

I jeszcze jedna rzecz, o wydawcach. Nie będę podawała nazwiska ani audycji, ale spotkałam się z sytuacją taką, kiedy dziennikarka TVP odmówiła wyemitowania materiału, który sama nagrała, a który po prostu pokazywał autentyczną, potworną rozpacz i tragiczne przerażenie ludzkie. Odmówiła swojemu wydawcy. Dostała za to surową naganę.

D. Szymczycha: - Jest to kwestia granicy ludzkiej prywatności. Na to nie ma recepty , to rozstrzyga wyłącznie przyzwoitość konkretnego dziennikarza. Żaden kodeks tego nie jest w stanie określić.

B. Czajkowska: - Jakkolwiek by to zabrzmiało, będę broniła telewizji, mojej telewizji publicznej. Robię swój program już siódmy rok, to jest szmat czasu. Zapewniam pana, że przez te wszystkie lata nie zdarzyła mi się ani jedna ingerencja choć w jedno pytanie scenariusza, a przedstawiam scenariusz bardzo dokładnie, bardzo precyzyjnie napisany. Trudno o bardziej polityczną audycję niż "Linia specjalna" emocje są tu zwykle rozgrzane do czerwoności.

S. Bratkowski: - Myślę, że jest to bardzo piękny listek figowy obecnej telewizji.

M. Bajer. - My, jako Rada Etyki Mediów, zakładamy, że mamy pilnować podstawowych standardów naszego zawodu, które wszystkim są niby dobrze znane, ale w praktyce jakoś rozmywają się i łatwo o nich się nie pamięta.

J. A. Majcherek: - Dlatego przestrzegałbym przed szukaniem źródeł naszych grzechów poza własnym środowiskiem - polityczne naciski, zła wola czy interesy wydawców... Oświadczenie Rady Etyki Mediów koncentruje się na przejawach dziennikarstwa drapieżnego, agresywnego, które jest produktem samych dziennikarzy, a środowisko mediów ten rodzaj przekazu tylko upowszechnia. Pamiętajmy jednak, że jest to bardzo zróżnicowane środowisko.

I. Rutkiewicz: - Brakuje mi w tej dyskusji sprecyzowania, co to właściwie znaczy i dlaczego negatywne jest dziennikarstwo drapieżne, agresywne.

B. Czajkowska: - w oświadczeniu Rady dostrzegam właśnie niepokojące postawienie prawie znaku równości między dociekliwym, natarczywym nawet, dziennikarzem a agresywnym człowiekiem. Dla mnie to jest zupełnie co innego.

M. Szymczycha: - Jeśli mówimy o dziennikarstwie drapieżnym, to przykładem jest dla mnie Barbara Czajkowska. Dlaczego? Dlatego, że pani rozmówcy są pełni stresu i niepokoju. Każde pytanie jest przykładem wnikliwości i dociekliwości dobrze przygotowanego do rozmowy dziennikarza.

M. Bajer. - Zechciejmy jednak rozróżnić określenia: agresywny - i dociekliwy. To na pewno nie jest to samo.

A. Magdziak-Miszewska: - Agresja jest zawsze czymś niedobrym, ona może zdyskredytować w oczach odbiorcy nawet dziennikarza wnikliwego i rzetelnego, jeśli zdecyduje się na taki sposób działania.

M. Bajer. - Odróżnijmy także styl od warsztatu. Do spraw warsztatowych raczej należy powinność rzetelnego dokumentowania, sprawdzenie źródeł informacji itd. Styl zaś, to nastawienie do przedstawionej rzeczywistości, którą pragnie się opisywać, interpretować - albo wyłącznie demaskować.

A. Magdziak-Miszewska: - Są różne style. Jeden taki, kiedy dziennikarz ustawia polityka pod ścianą, mając z góry przyjętą tezę, że "ja cię teraz skompromituję, ja obnażę twoje wredne oblicze". Przykładem innego stylu jest znana rozmowa dziennikarzy łódzkiej TVP z mordercą księdza Popiełuszki, Grzegorzem Piotrowskim. Przyszli oni, być może, zrealizować jakieś zamówienie i po prostu uczynili ze swego rozmówcy gwiazdę, ponieważ nie byli ani wnikliwi, ani dociekliwi. Pozwolili jemu pokazać się tak, jak zechciał. To jest styl, który polega na nastawieniu: nie jestem zaangażowany, nie jestem wnikliwy, nie jestem przygotowany. Jestem stojakiem do kamery czy mikrofonu.

B. Czajkowska: - Przez prawie 50 lat rozmawianie u nas z władzą, z osobą publiczną, było rozmową, nie chcę powiedzieć "na kolanach", ale było to właśnie podetknięcie sitka, włączenie magnetofonu z pełnym uszanowaniem dla władzy. Sądzę, że teraz bardzo wielu dziennikarzy trwa w jakimś szoku, związanym z diametralną zmianą sytuacji. Dlatego ci z nas, którzy są dociekliwi, bywają odbierani jako ludzie agresywni, ponieważ ośmielają się zadawać pytania niewygodne, uczepić się braku odpowiedzi itd. Stąd mieszanie tych pojęć.

S. Bratkowski: - Ale wróćmy jeszcze do tzw. dziennikarstwa "pozytywnego". W Inowrocławiu dawny współpracownik "Rz", JeanPierre Descan, zorganizował, na wzór belgijskich chrześcijańskich kas chorych, społeczny fundusz zdrowotny "Flandria". Opisałem to. Myślicie, że ktoś, z którejś redakcji pojechał, żeby zobaczyć, jak sobie ludzie sami świetnie radzą w sprawach własnego zdrowia?

J. A. Majcherek: - Myślę, że to jest również kwestia tego, iż nie ma - w większości mediów - specjalizacji w dziennikarstwie. Naczelny wymaga, żeby każdy umiał wszystko.

M. Bajer: - Ja nie powiem, ile już lat, bo trochę się wstydzę, zajmuję się popularyzacją nauki i publicystyką na te tematy. Otóż bardzo szybko musiałam się wyzbyć jakichkolwiek pokus robienia niezdrowej sensacji, sensacji z jakiegoś negatywnego faktu, dlatego, że nie miałabym czego szukać w tym środowisku. Specjalizacja w pewnym stopniu wymusza rozwagę i wstrzemięźliwość.

I. Rutkiewicz: - Chciałem powiedzieć jeszcze o odbiorze. Pani Czajkowska ma zawsze znakomicie udokumentowane pytania, prowadzi logiczny wywód w swoim programie itd. Ale uderza mnie jedna rzecz. Otóż, to wszystko w większości przypadków nie ma większego wpływu na percepcję telewidza. Jeśli włącza się licznik, z góry wiadomo, że jeżeli będzie Miller czy Balcerowicz, to będą mieli mniej więcej przewidywalne liczby zwolenników i przeciwników. Dowodzi to silnej, powiedziałbym, apriorycznej postawy widzów, którzy starają się utwierdzić w swoich przekonaniach, a nie wyciągnąć wnioski z tego, co słyszą i co oglądają. To wydaje mi się bardzo niepokojące.

B. Czajkowska: - A jednak, kiedy rozmawiałam z panią prezes NBP , była bardzo dramatyczna sytuacja, o włos balansowały oceny widzów. Świadczy to, że ludzie słuchają i w pewnej mierze to, co mają do przekazania bohaterowie programu, oddziałuje jednak na ich ocenę.

M. Bajer: - Myślę, że powinno to nas, dziennikarzy, tym bardziej utwierdzić w pewnym zobowiązaniu do poszukiwania obszaru zgody, gdzie nie ma konfliktu, ale niekwestionowane, wspólne dobro. Czy właśnie my nie powinniśmy takiego obszaru próbować zarysować, pokazywać ludziom, że tu i tam mogą wspólnie działać, dogadywać się ze sobą i odnosić sukcesy. Oto pytanie, które - uważam - trzeba postawić.

J. A. Majcherek: - z całą pewnością tak. Dyskurs publiczny, którego dziennikarze są głównymi uczestnikami, z całą pewnością powinien służyć i demokracji, i społeczeństwu obywatelskiemu. z tego tytułu spoczywa na nas określony obowiązek, ale także mamy wielkie możliwości, z których powinniśmy korzystać. Nie powinniśmy realizować prostych zamówień, czy to politycznych czy społecznych, lecz starać się, żeby ten dyskurs publiczny toczył się na jak najwyższym poziomie i przynosił wszystkim uczestnikom jak najlepsze owoce; to znaczy, żeby polska demokracja się utrwalała, a polskie społeczeństwo obywatelskie się rozwijało. Sądzę, że takie nastawienie nie musi mieć nic wspólnego z jakąś prymitywnie rozumianą dydaktyką.

M. Łukasiewicz: - Nie mogliśmy w tej rozmowie omówić, a już na pewno - rozstrzygnąć, wszystkich trapiących nas dylematów. Wskazaliśmy tylko na najbardziej dotkliwe kłopoty naszego środowiska i zagrożenia dla naszego zawodu. Będziemy do tego wracać. W imieniu Rady Etyki Mediów i redakcji "Rzeczpospolitej" - dziękujemy państwu za udział w naszej dyskusji.

Opracowali: Magdalena Bajer i Maciej Łukasiewicz

Rozmawiali:
Magdalena Bajer - publicystka, przewodnicząca Rady Etyki Mediów
Stefan Bratkowski - pisarz, publicysta, honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich
Barbara Czajkowska - dziennikarka TVP , autorka programu "Linia specjalna"
Janusz A. Majcherek - pracownik krakowskiej Akademii Pedagogicznej, publicysta, stały współpracownik "Rzeczpospolitej" i "Tygodnika "Powszechnego"
Maciej Łukasiewicz - "Rzeczpospolita", członek Rady Etyki Mediów
Agnieszka Magdziak-Miszewska zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "Więź"
Ignacy Rutkiewicz - b. prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich
Dariusz Szymczycha ;. b. redaktor naczelny "Trybuny"

  Stroną administruje Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich