Polemiki i dyskusje

Jak grzeszyć, to z poczuciem winy

Fragmenty dyskusji, która odbyła się 15 marca 2001 r. w redakcji "Rzeczpospolitej".

Pod koniec 2000 r. "Rzeczpospolita" po raz drugi przygotowała raport o polskiej telewizji "Tydzień z pilotem" (19 grudnia 2000, nr 295). Sporządziliśmy go po obejrzeniu i po analizie wszystkich programów nadawanych w jeden listopadowy tydzień 2000 r. (20-26.11) przez Jedynkę i Dwójkę TVP, Polsat oraz TVN. Pracowało nad tym 25 dziennikarzy, którzy w sumie obejrzeli ponad 590 godzin programu telewizyjnego.

W porównaniu do poprzedniego roku naliczyliśmy mniej trupów, jakie padały na ekranie (433, rok wcześniej - 563), ale za to więcej scen przemocy (3160, o osiemset więcej niż przed rokiem). Tradycyjnie przodował w tej kategorii Polsat, za nim uplasowały się TVN, Jedynka i Dwójka.

Zmniejszyła się natomiast, i to wyraźnie, liczba scen erotycznych (łagodnych i ostrych) z 788 do 605. Zauważyliśmy jednak, że telewizje coraz odważniej emitują ostre sceny (naliczyliśmy 69, sześć więcej niż przed rokiem) i to nie tylko Polsat i TVN, ale także publiczna Jedynka.

Krytycznie oceniliśmy programy kierowane do dzieci, obraz Polski i świata, jaki wyłania się z dokumentów i telenowel, nowoczesne w formie i często infantylne w treści programy kulturalne. Zaniepokoił nas język, jakim przemawiają bohaterowie ekranu, poziom dowcipów kierowanych do widzów, a także lekceważenie przez nadawców programu "Przyjazne media", czyli systemu znakowania audycji i filmów.

Naszą uwagę zwróciły też popularne telenowele dokumentalne, w których widzów epatowano nawet ludzkimi organami albo widokiem cierpiących dzieci. Zarzuciliśmy, że telewizja w celach przede wszystkim komercyjnych wykorzystuje prawdziwe tragedie i cierpienia swych bohaterów. Nawet telewizja publiczna, która zamiast wyznaczać standardy, skwapliwie podąża tym tropem.

Maciej Łukasiewicz, redaktor naczelny: "Rzeczpospolita" wspólnie z Radą Etyki Mediów pragnie zainicjować obywatelską dyskusję o największych polskich stacjach telewizyjnych. Jesteśmy narodem telewizyjnym, dlatego tak ważne jest, co można dziś zobaczyć na ekranach telewizorów. Te przesłanki leżały u podstaw raportów, które przygotowywaliśmy już dwukrotnie. Nasze wnioski nie były optymistyczne. Telewizje, walcząc za wszelką cenę o widzów, popularyzują przemoc, manipulują rzeczywistością, kreują sztuczny świat, zmuszają ludzi do nienaturalnych zachowań, sprowokowanych obecnością kamery lub sowitą nagrodą. Zacierają się różnice między stacjami komercyjnymi a telewizją publiczną. Myślimy, że nasze spotkanie mogłoby posłużyć wskazaniu sposobów wyjścia z impasu, zwłaszcza telewizji publicznej.

Maciej Płażyński, marszałek Sejmu: Dobrze, że w ostatnich miesiącach toczy się ożywiona dyskusja o telewizji publicznej, chociaż lepiej byłoby, gdyby z tej dyskusji wyciągano też wnioski. Problem mediów publicznych to nie tylko kwestia ich upartyjnienia. Telewizja jest głównym elementem kształtującym obraz otaczającego świata. W dużej mierze wpływa na system wartości, na wychowanie, chociaż mam nadzieję, że nie jako jedyny, dominujący czynnik. Ale nie można bagatelizować negatywnych zjawisk, o których mówią telewizyjne raporty "Rzeczpospolitej". Oczywiście, wszystko jest kwestią ocenną, ale wydaje mi się, że warto dyskusję prowadzić. Bo nie widać realizowania podstawowych zapisów ustawy, chociażby artykułu o przestrzeganiu wartości chrześcijańskich. Warto się przyjrzeć ustawowym obowiązkom telewizji publicznej, zapisom o obowiązku rzetelności, obiektywizmu, wspieraniu kultury, i skonfrontować to z jej ofertą. Dziś, oglądając telewizję, trudno rozróżnić, czy to stacja komercyjna, czy publiczna. TVP dostosowała się do standardów telewizji komercyjnych. Jest o czym dyskutować. Taka dyskusja w najbliższym czasie odbędzie się również w Sejmie.

Magdalena Bajer, przewodnicząca Rady Etyki Mediów: Z uwagi na jedną z zasad zapisanych w Karcie Etycznej Mediów bardzo zaniepokoiliśmy się raportem "Rzeczpospolitej". Chodzi o powinność kierowania się przez media przede wszystkim dobrem odbiorcy. Z raportu wynika, że dobro odbiorcy nie jest dla nadawców głównym kryterium.

Andrzej Sołtysik, rzecznik TVN: Mamy dyskutować o zbiorze artykułów pt. "Tydzień z pilotem", opublikowanym jako raport o polskiej telewizji. Naszym zdaniem te artykuły nie są analizą naukową, chociaż do takiego miana pretendują. Tzw. raport o telewizji, przygotowany przez redakcję "Rzeczpospolitej", to jedynie zbiorowa praca dziennikarzy niechętnych naszej stacji. Abstrahując od nieścisłości merytorycznych, jakie znalazły się w tych artykułach, wierzymy, że podejście nie emocjonalne, a naukowe właśnie, nada naszej dyskusji odpowiednią rangę. Dlatego poprosiliśmy panów Tomasza Gobana-Klasa i Zbigniewa Nęckiego, aby reprezentowali TVN w tej dyskusji. Obaj prezentują naukowe podejście do problemów związanych z mediami, a w swoich ocenach posługują się naukowymi metodami, są one bowiem dzisiaj konieczne w przypadku wszelkiego rodzaju prób ocen i w merytorycznych dyskusjach nad rolą, funkcją, a także odpowiedzialnością mediów.

Prof. Tomasz Goban-Klas, kierownik Katedry Komunikowania i Mediów Społecznych UJ: Zajmuję się od 30 lat problematyką medialną, trochę czytałem, trochę jeździłem i kilka słów chciałbym poświęcić metodologii raportu "Rz". Można oczywiście odbierać go tylko jako raport dziennikarski, ale on - nasycony liczbami i obliczeniami - sprawia wrażenie opracowania naukowego. Poza tym dziennikarzy obowiązuje też prawo prasowe, które mówi o szczególnej staranności w zbieraniu materiałów. Czy tu była szczególna staranność? Myślę, że staranność dotyczyła wyboru monitorowanego tygodnia, żeby na przykład nie było to korzystne dla telewizji publicznej. Przecież gdyby raport powstawał w czasie pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, obraz TVP byłby zupełnie inny. Jeżeli "Rz" chce zbadać preferencje wyborcze Polaków, nie wysyła dziennikarzy, by przeprowadzili sondę uliczną, tylko zamawia badanie w sopockiej Pracowni Badań Społecznych. Dlatego apeluję, by trzeci raport "Rz" był równolegle przeprowadzony przez ośrodek naukowy albo profesjonalną firmę, która sporządzi porządną analizę zawartości w oparciu o metodologię stosowaną na świecie.

Cezary Gawryś, sekretarz Rady Etyki Mediów: Z wielką satysfakcją witam pana prof. Gobana-Klasa, który przez trzy lata był moim kolegą w Radzie Etyki Mediów. Niestety, do tej pory nie mieliśmy okazji się poznać, ponieważ ani razu nie pojawił się pan na naszych spotkaniach. Teraz rozumiem dlaczego - jako reprezentant interesów TVN zapewne nie chciał pan stawiać się w kłopotliwej sytuacji wewnętrznego rozdwojenia.

Chciałbym przypomnieć - dżentelmeni nie dyskutują o faktach. Jakie są fakty, wszyscy wiemy. Naprawdę, nie trzeba znać metodologii, żeby stwierdzić, że określonego dnia jest brzydka czy ładna pogoda. Nie trzeba znać się na gleboznawstwie, by stwierdzić, czy się stąpa po czystym piasku, czy tapla w błocie. Dlatego bardzo pana proszę, żeby pan - jako profesor uniwersytetu, który reprezentuje chlubną tradycję kultury europejskiej - podzielił naszą troskę o stan polskiego społeczeństwa, o wychowawczą rolę telewizji publicznej, która powinna być wzorcem i stwarzać standardy, a także o rozwój kultury europejskiej w naszym kraju, która - między innymi z powodu programów telewizyjnych - wydaje być zagrożona.

Ks. Wiesław Niewęgłowski, duszpasterz środowisk twórczych: Z obrazu pokazanego przez "Rzeczpospolitą" wynika, że poziom treści prezentowanych w telewizji spada. Myślę o całym świecie wartości, norm i troski o człowieka, któremu mają służyć. Nie tylko zmienia się postrzeganie mediów przez nasze społeczeństwo, ale i obraz polskich mediów w świecie. Kiedy kilka lat temu byłem w Azji Mniejszej, pytano, skąd jestem. Odpowiadałem, że z Polski. I prosty rybak nad morzem mówił: "Ach, Walesa". Prosty człowiek, gdzieś w świecie, dostrzegał, że wyznacznikiem naszego kraju jest Wałęsa. Kiedy byłem w ubiegłym roku w Egipcie, również pytano mnie, skąd jestem. Gdy odpowiedziałem, jeden z robotników pracujący nad brzegiem Nilu, westchnął: "Ach, Polsat". To jest dziś wyznacznik Polski w skali świata.

Raport "Rz" najlepiej pokazuje, w którym kierunku idzie polska telewizja, że najważniejsza jest dla niej oglądalność i pieniądze. Powstaje problem, na ile telewizja sprzeniewierza się ustawie o radiofonii i telewizji. Bo trzeba stwierdzić, że zapis o dobru odbiorcy został zapomniany. Jeśli dzieci najbardziej lubią oglądać "Świat według Kiepskich", to nie tylko dlatego, że źle funkcjonuje dziś rodzina, ale też dlatego, że nie funkcjonuje pewien organ natury społecznej (sic! - JS). Media powinny służyć zwalczaniu patologii społecznych. Tymczasem "Big Brother" właśnie taką patologię tworzy i ukazuje jako wzór. Dlatego z jednej strony oczekuję od pana, panie marszałku, iż na obowiązujące prawo dotyczące mediów naniesiona zostanie korekta, która uporządkuje ten nieład. Takiej swawoli akceptować nie można. Już nawet nie chodzi o respektowanie chrześcijańskiego systemu wartości, o czym mówi ustawa, bo gdybyśmy to skonfrontowali, większość programów w ogóle nie mogłaby ukazać się na antenie. Szczególną uwagę trzeba poświęcić telewizji komercyjnej, ponieważ kiedy ją oglądam, odnoszę wrażenie, że jestem w obcym kraju. Co prawda mówią do mnie po polsku, ale elementy polskiej tradycji, dziedzictwa, historii są prawie nieobecne.

Następny problem to konieczność odpolitycznienia Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która zarządza częstotliwościami. Choć istnieje od 10 lat, czas ten w poważnym stopniu zmarnowała. Trzeba zmienić dobór jej członków z klucza politycznego na klucz merytoryczny, na ludzi, którzy znają się na problemie i dla których ważna będzie troska o społeczeństwo, a nie interesy polityczne.

Zbigniew Wesołowski, wiceprezes NIK: Na początku tego roku dostaliśmy zlecenie z Sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu dokonania pogłębionej kontroli Telewizji Polskiej. Mamy zbadać m.in., czy łamane jest konstytucyjne prawo obywateli do informacji, czy TVP wypełnia obowiązek nałożony przez ustawę o radiofonii i telewizji. Problem polega na tym, kto zbada wypełnianie misji. Najlepszym ciałem, które mogłoby nad tym czuwać, jest Rada Programowa Telewizji, dziś organ doradczy. Należałoby więc wyposażyć ją w takie uprawnienia, by miała wpływ na zarząd TVP. Ale musimy pamiętać, że równocześnie jest to spółka prawa handlowego. Jeśli więc zarząd otrzymywałby zadania, które by pogarszały wyniki spółki, działałby na jej niekorzyść.

W tej chwili telewizja się utrzymuje głównie z reklam, które stanowią 60 - 70 proc. wpływów. Reszta pochodzi z abonamentu, który z roku na rok maleje. Stawia się więc TVP wiele ambitnych zadań: bardzo dobre programy edukacyjne, nauka języka itd., a telewizja - jak słusznie napisano w raporcie "Rz" - goni za programami, które dostarczają dochodów, bo chce się utrzymać.

Wydaje się, że podczas zmian legislacyjnych należałoby się zastanowić, jak lepiej usytuować Radę Programową i co zrobić, by nie była zbiorem polityków. To powinno być ciało o dużo większych kompetencjach, a w jego skład powinny wchodzić osoby najwyższej klasy, wytyczające misję i oceniające ją. Dziś takiego organu nie ma. Dlatego chyba nie wywiążemy się w całości, przeprowadzając kontrolę w TVP.

Agnieszka Romaszewska, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, TVP: Zarzuca się telewizji publicznej nadmierną komercjalizację i usiłowanie zdobywania widza za wszelką cenę. Skutecznie, czy nie, to już inna sprawa, ale usiłuje. Drugi zarzut dotyczy naruszania zasad obiektywizmu oraz neutralności politycznej i światopoglądowej. Mówi się, że TVP bywa tendencyjna, że nie reprezentuje wszystkich obywateli w takim stopniu, jak powinna, że nie respektuje w pełni prawa obywateli do informacji.

Na takim etapie rozwoju, na jakim jest dziś Polska, istnienie telewizji publicznej wydaje się niezbędne. Nie ma bowiem żadnego alternatywnego sposobu przekazywanie ważnych treści. Telewizja publiczna powinna więc traktować widza nie tylko jako konsumenta, ale również obywatela czy nawet przede wszystkim obywatela. Moim zdaniem, nie robi tego w wystarczającym stopniu.

W programach informacyjnych rządzi reguła: tylko zła wiadomość jest dobrą wiadomością. Tymczasem kiedy da się widzowi odpowiednią liczbę morderstw, wypadków, innych strasznych rzeczy, może tylko chwycić się za głowę i powiedzieć: Ależ ten świat jest okropny! Tym sposobem zniechęca się do uczestnictwa w życiu publicznym.

Większość telewizji publicznych w Europie Wschodniej już upadła. Nasza być może też upadnie za chwilę. Niezmiernie ważne jest więc, by próby jej reformy nie doprowadziły do odcięcia wszelkich źródeł finansowania, jak było na Węgrzech. Według planu: nie podoba nam się telewizja, odetnijmy jej maksimum finansowania, zabierzmy jej częstotliwości. W efekcie stacja jest bankrutem, prezentuje bardzo niski poziom i idzie na dno. Sytuacja Telewizji Polskiej jest nieporównywalnie lepsza. To jest rzeczywiście wpływowa, ogromna instytucja, wciąż posiadająca cztery kanały. Pojawia się jednak pytanie, jak wykorzystuje swoje wpływy? Otóż, niestety, zdaniem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, telewizja publiczna cały czas jest zabarwiona politycznie i pochłonięta walką o władzę. Zaczyna się od Krajowej Rady, która - jak słusznie powiedział ks. Niewęgłowski - jest upolityczniona. Podobnie jest radzie nadzorczej i w zarządzie TVP. Każdy wie, kto z kim jest związany. Zawierane są polityczne, stricte partyjne koalicje i - co gorsza - ta partyjna kontrola schodzi na niższe poziomy.

Może tak być musi i kiedy zmienią się konfiguracje w parlamencie, zmieni się również układ w telewizji. Ale sprawa nie jest taka prosta. Równocześnie bowiem na poszczególne, nawet bardzo niskie stanowiska nominuje się osoby, które są nie tyle najbardziej profesjonalne, co najbardziej lojalne dla określonej grupy interesów, określonej partii politycznej, a czasami wręcz koterii. Zagraża to profesjonalizmowi dziennikarzy, jakości programów i w gruncie rzeczy grozi poważną degrengoladą telewizji.

Maciej Kosiński, dyrektor Biura Polityki Programowej TVP: Czytałem raport "Rz", nie pracując jeszcze w telewizji publicznej, ale jako człowiek tym medium wysoce zainteresowany. Sądzę, że metodologia nie jest w nim ważna, zresztą autorzy jej nie ukrywają. To dziennikarski tekst naładowany określonymi emocjami, ocenami, również pewną wybiórczością. Dla mnie raport spełnia funkcję inspirującą. W jaki sposób ta inspiracja jest wykorzystywana, o tym za chwilę.

Statystyka programów emitowanych m.in. w porze najlepszej oglądalności pozwala polemizować z zarzutami, że TVP jest krzywym odbiciem telewizji komercyjnych. To prawda, że posługujemy się gatunkami i formami komercyjnymi, bo emitujemy np. teleturnieje. Ale proszę dokonać analizy tych teleturniejów. Być może nie wszystkie są najwyższego lotu, ale nie można powiedzieć, że na przykład "Jeden z dziesięciu" Tadeusza Sznuka nie szerzy choćby elementarnej wiedzy w społeczeństwie, które mówiąc szczerze ma z tą wiedzą drobne kłopoty. Inny przykład to "Klan", czyli telenowela, która nie jest formą najwyższego lotu, czego zresztą nikt nie udaje. Proszę jednak przeanalizować system wartości, jaki "Klan" propaguje. Choć muszę przyznać, że analizując konkretne tytuły, i u nas zdarzają się programy, co do których mam daleko idące wątpliwości.

Druga sprawa to wpływy z abonamentu. Jedynie irlandzka telewizja ma zbliżone do naszej wpływy z tego tytułu, większość pozostałych utrzymywana jest z abonamentu w 50 - 90 procentach. Ponadto obowiązuje nas kodeks handlowy. W efekcie Telewizja Polska w ubiegłym roku zapłaciła państwu podatki w wysokości 300 mln zł, a z abonamentu otrzymała 474 mln zł. Mechanizm, który jest wkodowany w naszą stację, zmusza do zarabiania pieniędzy. Inaczej rzeczywiście możemy tylko robić to, co robiono na Węgrzech czy w Czechach: sprzedawać kanały, likwidować stacje regionalne i coraz bardziej się kurczyć. Chciałbym zacytować wyniki oglądalności z jednego z ostatnich wtorków, kiedy w programie II wyemitowano wieczór poświęcony pamięci Krzysztofa Kieślowskiego. Oglądalność sześciogodzinnego bloku wahała się od 1 do 3 procent. W maju pokażemy filmy młodych, nikomu nie znanych debiutantów, którzy dotykają bardzo ważkich problemów społecznych. Opowiadają o Polsce, nie uciekając w gangsterskie opowiastki. To jest nasza odpowiedź na "Wielkiego Brata". Nie tworzymy repliki tego programu, choć wiemy, że przez najbliższe dwa miesiące zapewne będzie odbierał nam widownię. Nie mówiąc już o pieniądzach. Ale my wiemy, że obowiązuje nas nie tyle misja, co powinność wobec widza.

Mirosław Chojecki, producent telewizyjny: Musimy pamiętać, że telewizja publiczna to nie tylko to, co widzimy na ekranie. Gdyby nie TVP, polski film fabularny dawno by już nie istniał, nie istniałyby różnego rodzaju festiwale, Telewizja Polonia. Ściągalność abonamentu na poziomie 30 proc. jest dla nas tragedią, a parlament nie zrobił nic, by wzrosła. Można oczywiście powiedzieć, że jeżeli 30 proc. pochodzi z abonamentu, to może by chociaż telewizja wypełniała misję w 30 proc. Mnie się wydaje, że wypełnia. Takich filmów dokumentalnych, takich filmów fabularnych nigdzie indziej przecież nie zobaczymy.

Andrzej Urbański, doradca premiera Jerzego Buzka: Jestem tutaj jako członek ekipy premiera Buzka, ale chciałbym podkreślić, że rząd nie jest powołany do oceny mediów. W związku z tym ja takich ocen nie będę czynił. Chcę za to powiedzieć o dwóch aspektach, które nie mają charakteru ocennego. Otóż prawo do informacji to nie tylko zapis konstytucyjny, nie tylko zapis w ustawie o Krajowej Radzie i nie tylko w statucie telewizji publicznej. To jest norma demokratyczna, wszędzie tam, gdzie demokracja dobrze funkcjonuje. Czy w Polsce to prawo jest spełniane? Wątpię. Niedobrze, jeśli znaczące grupy społeczne w ogóle się nie mogą identyfikować z przekazem medialnym. I nie dotyczy to tylko wierzących, ale też na przykład ludzi biednych, tych, którzy nie odnieśli sukcesu.

Wierzę, że prawo do informowania będzie lepiej realizowane. Z tym prawem łączy się prawo do bycia edukowanym. Nie edukowanym w znaczeniu uczenia dodawania, ale edukowanym we własnej kulturze, we własnej tożsamości, w poczuciu tego, kim jest obywatel dla państwa demokratycznego. I powiem tak do Macieja Kosińskiego, bo był długoletnim dyrektorem redakcji edukacji w Telewizji Polskiej: gołym okiem widać, że w porównaniu z tymi czasami, kiedy tam pracowałeś, dzisiaj takiej edukacji w TVP prawie nie ma. Można powiedzieć, że lepiej było w latach 70., niż jest teraz.

Równocześnie chciałbym obniżyć poziom obawy przed mediami. Polacy nie oglądają już programów jako 16-milionowa populacja. Nie wierzcie - to marketing - że "Big Brother" pokonał Polaków. Nie pokonał. Stawiam tutaj dolary przeciwko orzechom, że to się nie uda. Pomijam fakt, że zasięg TVN jest ograniczony, co też będzie miało znaczenie. Robiłem wiele bardzo elitarnych programów dla 1,5 - 1,8 mln widzów. Czy więc powinniśmy bać się jakiegoś "Agenta"? Trzeba po prostu robić swoje dla swojej publiczności, bo Polacy tworzą dziś różne publiczności. Gorzej jest z dziećmi, o czym pisaliście w raporcie. Każdy ojciec małych dzieci wie, co telewizja z nimi robi.

Tomasz Skłodowski, dyrektor Departamentu Środków Społecznego Przekazu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego: Wydaje mi się, że nie powinniśmy mieć wielkich pretensji do telewizji komercyjnych o to, że działają tak, jak telewizje komercyjne. Ich jedyną formą zarabiania pieniędzy jest reklama. Z drugiej jednak strony, nie rozgrzeszałbym takich produkcji jak "Wielki Brat", bo wydaje mi się, iż wszystko zależy od granicy tolerancji szefów. Tolerancji, która nie zawsze jest zgodna z tolerancją odbiorców. Zgubiliśmy w ciągu ostatnich lat hierarchię wartości i dlatego tak łatwo osoby mniej wrażliwe narzucają dziś swój punkt widzenia osobom bardziej wrażliwym. Dlatego tym ważniejszy jest jeden z obowiązków telewizji publicznej, który mówi o potrzebie edukacji kulturalnej, o konieczności ugruntowywania naszej tożsamości narodowej, dbania o dziedzictwo. Może gdyby te obowiązki były wypełniane, łatwiej byłoby nam dzisiaj dyskutować. Warto przy okazji zadać pytanie: czy spadek z wpływów z abonamentu, czy spadek oglądalności, to tylko kwestia rozwoju społeczeństwa, rozwoju rynku informacyjnego, czy również efekt tego, że telewizja publiczna zdradziła swoich odbiorców. Potwierdza to raport o obecności kultury w programach TVP, jaki przygotowało ministerstwo. W godzinach największej oglądalności tematyka kulturalna stanowi niecałe 2 proc. programów.

Nasze ministerstwo przygotowało już nowelizację ustawy, w której zawarto propozycje zwiększenia ściągalności abonamentu. Niewątpliwie pomoże to telewizji publicznej. Pojawiają się jednak i inne propozycje, które TVP mogą się nie podobać. A mianowicie, by osoba płacąca abonament decydowała, jaką stację chce wesprzeć swoimi pieniędzmi.

Paweł Jaros, rzecznik praw dziecka: Dyskutujemy o gospodarowaniu emitowanym materiałem, rozliczeniem go, również od strony finansowej. Ja myślę również o takich skutkach, których na pieniądze przeliczyć się nie da. Myślę o dzieciach. Coraz więcej jest głosów, które wskazują, jak wielki wpływ na dziecko mają programy telewizyjne. Psychologowie społeczni, psychologowie z akademii pediatrycznych potwierdzają, że liczba aktów przemocy pokazywanych w telewizji wpływa na psychikę dzieci i ich zachowania. Potwierdzają to również praktycy, którzy pracują z dziećmi na co dzień. Z własnej praktyki sądowniczej wiem, że nieletni, który dopuszcza się wobec innego nieletniego aktu przemocy, na pytanie: "gdzie się tego nauczyłeś?", odpowiada: "telewizja pokazała". Wydaje mi się, że dobrze by było, gdyby nadawcy te głosy wzięli pod uwagę i potrafili ocenić, jak ich programy mogą wpłynąć na dzieci. Bo w przyszłości konsekwencje tego, co dzieje się dziś, bardzo szybko dotkną dużo większej części społeczeństwa.

Prof. Zbigniew Nęcki, Instytut Zarządzania Katedry Psychologii Stosunków Międzyludzkich Uniwersytetu Jagiellońskiego: Zgadzam się całkowicie, że z telewizją jest krucho, ale nie ograniczałbym tego tylko do Polski. Tak jest na całym świecie. Telewizja, stając się imperatorem czasu wolnego i decydentem indywidualnych decyzji, jest równocześnie niewolnikiem reguł gospodarki wolnorynkowej. Pieniądz stał się konkurentem misji. Zmiana systemu społecznego spowodowała, chcemy, czy nie, totalną zmianę myślenia. I widzów, i dziennikarzy. Nie jest to kwestia złej woli jednej czy drugiej stacji. To po prostu gigantyczna zmiana systemowa, która przytoczyła się przez Polskę.

Czy jeżeli wyłapiemy wszystkich ludzi robiących paskudne programy, będzie lepiej? Wyłapywaniem grzeszników zajmuje się w zasadzie cała kultura światowa. A ludzie poszukują modelu i wzorów postępowania. Są rozpaczliwie zagubieni i bardzo by chcieli, żeby telewizja im te wzory pokazała. Czasem tak się dzieje, a czasami nie. Ja także, patrząc w telewizor, zwłaszcza na "Świat według Kiepskich", myślę, że tak straszliwa kalka u nas pojawić się nie powinna. Co w tej sytuacji robić? Człowieka można zmieniać, ale powolutku. Nie ma mowy o żadnej rewolucji. Nie można powiedzieć: ludzie od jutra macie kochać Kieślowskiego! Wydarzenia ze sfery kultury elitarnej są inaczej przeżywane i definiowane na poziomie kultury masowej. Krople sączące się z kultury wyższej ku niższej płyną jednak tak, jak woda - w dół. Kierunek jest dobry, po co więc te nerwy. To, co przygotowała "Rz", co ambitnie nazwano raportem, jest interesującą werbalizacją zmartwień, które nas dręczą. Ale po co te zarzuty o tendencyjność i amatorstwo. Konieczna jest dyskusja, bo to jeden z najlepszych czynników poruszających sumienie. Jeżeli dyskutujemy o czymś, to nawet jak ktoś grzeszy, po takiej dyskusji grzeszy z poczuciem winy.

Agnieszka Romaszewska: Wydaje mi się, że tego problemu nie uda się rozwiązać tak, że wszyscy wszystkich będą kochać, wszystkim będzie ze sobą świetnie i razem będziemy ewolucyjnie zmierzać ku lepszej przyszłości.

Jacek Lutomski, kierownik działu kultury "Rzeczpospolitej": Tworząc ten raport, doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że kijem Wisły nie zawrócimy. Ale uznaliśmy, że konieczne jest zwrócenie uwagi na pewne zjawiska, które niosą zagrożenia. Trzeba o nich mówić, uświadamiać, że istnieją. Nie chodzi o to, by telewizje indoktrynowały widza czy wychowywały go. Ale powinny być nośnikiem wartości, powinny kreować pozytywne wzorce. Tymczasem po obejrzeniu przez nas tylu programów, zobaczyliśmy obraz bardzo negatywny. Zgoda - człowieka trzeba zmieniać powolutku, byle ku lepszemu.

Magdalena Bajer: Cieszę się, że zgodziliśmy się, że oferta telewizyjna jest wystarczająco niepokojąca, by się starać ją poprawić. Jak? Są na to dwa lekarstwa. Pierwsze - zmiana ustawy o radiofonii i telewizji i to nie kosmetyczna, a radykalna, by rozwiązać problem funkcjonowania TVP między misją i koniecznością zarabiania pieniędzy. Drugie lekarstwo dotyczy także telewizji komercyjnych. To również konieczność odpartyjnienia Krajowej Rady. Powinno być to gremium prawdziwych autorytetów zawodowych i moralnych, bo tylko wtedy będzie dbało o dobro odbiorcy. Bez narzucania kagańców, bez widma cenzury. Zanim jednak te lekarstwa zostaną zaaplikowane, jeśli do tego w ogóle dojdzie, najważniejsza pozostaje wola lepszego służenia odbiorcy.

  Stroną administruje Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich